Przyciągnęła mnie twórczość Eustachego Lecha Karłowskiego, a zatrzymała opowieść o wojennym Wybrzeżu. „Deutschland” w płomieniach przyniosła mi nie tylko niezwykłe spotkanie z jego rysunkami, lecz również powrót do historii, od której w dzieciństwie zaczęła się moja miłość do Gdańska.
„(A lato było piękne tego roku).”
Moja miłość do Gdańska zaczęła się w czwartej klasie szkoły podstawowej, a wszystko za sprawą „Pieśni o żołnierzach z Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Pamiętam fascynację, jaką wzbudziła we mnie historia obrony tego niewielkiego skrawka polskiej ziemi, siedmiu wrześniowych dni i garstki ludzi, których odwaga przeszła do historii. Chciałam wiedzieć więcej. O nich, o Westerplatte, o Gdańsku, w którym rozpoczęła się wojna. Z czasem zainteresowanie jednym wydarzeniem przerodziło się w miłość do miasta, jego historii, ludzi i miejsc, które do dzisiaj tak wiele dla mnie znaczą.
![]() |
| Westerplatte, 2025. Fot. Marta Górska |
Minęło sporo lat, a ja znów znalazłam się na tropie wojennych losów Wybrzeża. Tym razem zaprowadził mnie do nich Eustachy Lech Karłowski, artysta, którego twórczość odkrywam z niesłabnącym zachwytem. Jego niezwykła wszechstronność, ogromna wyobraźnia, imponujący warsztat i swoboda poruszania się pomiędzy rozmaitymi technikami plastycznymi sprawiają, że każde kolejne odnalezione dzieło staje się dla mnie osobną przygodą. Wciąż odkrywam nowe oblicza jego talentu i wciąż zdumiewa mnie, jak wiele potrafił powiedzieć obrazem.
Właśnie podczas poszukiwania kolejnych śladów jego działalności artystycznej trafiłam na książkę Rajmunda Bolduana i Mariana Podgórecznego „Deutschland” w płomieniach, wydaną w 1959 roku przez gdyńskie Wydawnictwo Morskie. Jej okładkę i ilustracje wykonał Eustachy Lech Karłowski.
Przyznam, że początkowo to właśnie jego nazwisko było dla mnie najważniejszym powodem, aby po nią sięgnąć. Tymczasem znalazłam opowieść, która przywołała moje najwcześniejsze zainteresowania historią i pozwoliła powrócić do wojennego Gdańska zupełnie inną drogą.
Książka prowadzi czytelnika przez dramatyczne lata niemieckiej okupacji Pomorza, odsłaniając dzieje konspiracji, działalności wywiadowczej, sabotażu i walki ludzi, którzy w niezwykle trudnych warunkach podejmowali opór przeciwko okupantowi. Jedną z centralnych postaci tej historii jest Stefan Dargacz, uczestnik pomorskiego ruchu oporu, którego wojenne losy stanowią ważną oś narracji.
Jego historia rozpoczyna się w rzeczywistości pierwszych tygodni okupacji, kiedy znany dotąd świat gwałtownie przestaje istnieć. Znajome ulice stają się obce, zwyczajne spotkania mogą oznaczać śmiertelne niebezpieczeństwo, a zachowanie własnej tożsamości bywa równie ryzykowne jak działalność konspiracyjna. Dargacz, zmuszony do ukrywania się i posługiwania dokumentami brata, podejmuje walkę, która prowadzi go przez kolejne dramatyczne doświadczenia wojennego Wybrzeża.
Autorzy budują swoją opowieść wokół wydarzeń historycznych, nadając jej formę żywej, pełnej napięcia narracji. Każdy rozdział otwiera fragment pamiętnika Stefana Dargacza, będący osobistym wprowadzeniem do przedstawianych wydarzeń. To interesujący zabieg, pozwalający zestawić wspomnienia uczestnika historii z literackim sposobem jej opowiadania. Krótkie, często bardzo rzeczowe zapisy z pamiętnika nabierają szczególnej wymowy w konfrontacji z rozbudowaną narracją, w której pojawiają się dialogi, dramatyczne sceny i szczegóły codziennego życia pod okupacją.
Już Ludwik Krasucki, autor słowa wstępnego, zwraca uwagę na niejednoznaczność gatunkową publikacji, sytuując ją na pograniczu publicystyki i literatury. I rzeczywiście trudno zamknąć „Deutschland” w płomieniach w jednej kategorii. Książka czerpie z dokumentów i wspomnień, a jednocześnie wykorzystuje środki właściwe literaturze przygodowej i sensacyjnej. Autorzy budują napięcie, prowadząc czytelnika przez kolejne niebezpieczne przedsięwzięcia, tajne spotkania, gestapowskie więzienia, obozową rzeczywistość Stutthofu czy dramatyczne epizody walki na morzu.
Ta różnorodność nadaje opowieści rozmach. Poszczególne rozdziały odsłaniają kolejne fragmenty okupacyjnej rzeczywistości, w której wielkie wydarzenia historyczne splatają się z indywidualnymi losami ludzi. Szczególnie przejmujące są sytuacje, kiedy o dalszym życiu człowieka decyduje przypadek, przypadkowo usłyszane słowo, czyjaś odwaga albo chwila zawahania.
Warto jednak pamiętać, że książka powstała kilkanaście lat po zakończeniu wojny, w określonych realiach politycznych. Wyraźnie odczuwalna jest atmosfera końca lat pięćdziesiątych, szczególnie w słowie wstępnym, gdzie wspomnienia wojenne stają się również punktem wyjścia do rozważań o współczesnych autorowi stosunkach polsko-niemieckich. Z dzisiejszej perspektywy część tego języka brzmi mocno ideologicznie, a sposób przedstawiania niektórych wydarzeń wymaga historycznego dystansu. Podobnej ostrożności wymaga literacka rekonstrukcja autentycznych losów, w której granice pomiędzy udokumentowanym faktem a twórczym dopowiedzeniem bywają trudne do uchwycenia.
Jest to zresztą dodatkowy powód, dla którego warto sięgnąć po tę publikację. Można ją czytać nie tylko jako opowieść o wojennym Pomorzu, ale również jako świadectwo sposobu, w jaki pod koniec lat pięćdziesiątych próbowano ocalić pamięć o jego okupacyjnych bohaterach.
Szczególną wartość mają przywoływane historie ludzi działających w niewielkich, często rozproszonych grupach konspiracyjnych. Ich działalność pozostawała w cieniu wielkich wydarzeń militarnych, choć wymagała nie mniejszej odwagi. Bohaterstwo przybierało tutaj rozmaite postacie, od zdobywania informacji i przenoszenia meldunków, przez udzielanie schronienia, aż po udział w akcjach zbrojnych.
I właśnie ten świat, pełen dramatycznych wydarzeń, ludzkich emocji, odwagi, cierpienia i nieustannego zagrożenia, otrzymał niezwykłą oprawę graficzną.
Eustachy Lech Karłowski stworzył ilustracje, które zasługują na uwagę równie uważną jak sama opowieść.
Już okładka zapowiada intensywność doznań. Ostra, niemal płomienna pomarańcz zestawiona z głęboką czernią, duże, nieregularne liternictwo i dynamiczna kompozycja sprawiają, że trudno przejść obok niej obojętnie. Karłowski operuje mocnym kontrastem, gwałtownymi przejściami pomiędzy plamami koloru i zdecydowaną formą, budując obraz pełen ekspresji i niepokoju. Całość znakomicie współgra z tytułem książki, przywołując skojarzenia z ogniem, zniszczeniem i wojennym chaosem.
Wewnątrz publikacji artysta zaskakuje zupełnie innym sposobem wypowiedzi. Monumentalny charakter okładki ustępuje miejsca rysunkom wykonanym swobodną, chwilami niemal szkicową kreską. W tych pozornie prostych kompozycjach kryje się niezwykła siła wyrazu.
Przejmująca jest ilustracja otwierająca rozdział „Za drutami Stutthofu”. Kilka wydłużonych, niemal pozbawionych indywidualnych rysów sylwetek, pasma kolczastego drutu i leżąca na ziemi postać. Żadnych rozbudowanych szczegółów, żadnego realistycznego tła. Artysta pozostawia ogromną przestrzeń pustej kartki, a jednak obraz wydaje się przepełniony dramatem. Pionowe linie postaci przecinają poziome druty, twarze zatracają swoją odrębność, a całe przedstawienie nabiera niemal symbolicznego znaczenia.
Karłowski osiąga tutaj niezwykły efekt, rezygnując z tego, co zbędne. Siła przedstawienia wynika z kompozycji, rytmu linii i umiejętności wydobycia emocji z najprostszych środków plastycznych.
Przyglądając się kolejnym ilustracjom, zaczynam dostrzegać jeszcze jedną niezwykłą właściwość tych rysunków. Postacie Karłowskiego właściwie nie mają twarzy. Artysta pozbawia je indywidualnych rysów, pozostawiając sylwetkę, gest, ruch, czasem jedynie kilka przecinających się linii. A jednak bez trudu odczytujemy napięcie, przemoc, rozpacz czy determinację. W „W lochach Gestapo” dwie stojące postacie i człowiek leżący u ich stóp tworzą przejmującą scenę, której siła tkwi właśnie w tej niezwykłej oszczędności. Żadnej mimiki, żadnego szczegółowego przedstawienia cierpienia. A mimo to trudno pozostać obojętnym.
Zastanawiam się, czy ta anonimowość postaci nie nadaje im również bardziej uniwersalnego znaczenia. Pozbawieni twarzy ludzie mogliby przecież być każdym z tych, których losy zapisano na kartach książki. Ich dramaty wymykają się jednostkowej historii, stając się obrazem doświadczenia całego pokolenia.
W ilustracji rozpoczynającej rozdział „Kryptonim »za Hood«” kreska staje się jeszcze bardziej niespokojna. Sylwetki pochylonych postaci, nakładające się linie, ostre załamania i zagęszczenie kompozycji budują atmosferę napięcia. Rysunek zdaje się uchwycony w pośpiechu, w samym środku wydarzeń, a przecież za tą pozorną spontanicznością kryje się znakomite wyczucie formy.
Fascynuje mnie charakter tej kreski. Gwałtownej, poszarpanej, pozornie niedbałej, nieustannie urywającej się i rozpoczynającej na nowo. W scenach walki linie przecinają się z taką intensywnością, że niemal odczuwamy ruch przedstawionych postaci. W „Pożarze w porcie” rozpędzone sylwetki zdają się wybiegać poza granice rysunku, a ukośne linie potęgują wrażenie pośpiechu i zagrożenia. W „Niebie w ogniu” plątanina kresek i gwałtownych załamań oddaje chaos powietrznego starcia.
Zupełnie inaczej przemawia ilustracja „W odpowiedzi na terror”. Samotny mężczyzna odwrócony plecami do czytelnika, kilka zdecydowanych linii wyznaczających jego sylwetkę i niemal pusta przestrzeń kartki. Karłowski pozostawia nas z tą postacią, jej nieruchomą obecnością i całym ciężarem znaczeń, których można się w niej doszukiwać. Wystarcza jeden człowiek, aby zbudować obraz równie sugestywny jak wielofigurowa scena walki.
Przyglądając się tym pracom, trudno mi powstrzymać zachwyt nad warsztatem Karłowskiego. Nad sposobem, w jaki potrafił zmieniać charakter swojej wypowiedzi artystycznej, dostosowując ją do tematu, atmosfery i emocji. Nad swobodą, z jaką przechodził od zdecydowanych, mocnych kompozycji graficznych do delikatniejszego, oszczędnego rysunku. I nad niezwykłą umiejętnością budowania sugestywnych obrazów za pomocą kilku linii, które w jego rękach nabierają tak wielkiej siły.
Osobnego zachwytu warte jest również opracowanie graficzne książki, a zwłaszcza liternictwo i kompozycja stron otwierających poszczególne rozdziały. Już karta tytułowa przyciąga uwagę zestawieniem wysokich, smukłych liter tworzących nazwiska autorów z cięższym, zdecydowanym krojem tytułu. Delikatne, rozedrgane linie rysunku przenikają się z literami, budując interesującą, niemal autonomiczną kompozycję plastyczną.
W kolejnych rozdziałach wyraziste, zwarte liternictwo kontrastuje z lekkością szkicowych ilustracji. Szczególnie interesująco wypada to w „W matni” czy „Klęsce majora Webera”, gdzie rysunek zajmuje jedynie fragment strony, a pomiędzy nim i tytułem rozciąga się rozległa przestrzeń niezadrukowanego papieru. Ta pozorna pustka nadaje kompozycjom oddech, pozwala skupić uwagę na najdrobniejszym geście, pojedynczej linii, niewielkiej sylwetce. Nawet układ strony staje się tutaj częścią opowieści.
Te ilustracje budzą podziw, ale również trwogę i ciekawość. Każą zatrzymać wzrok, przyjrzeć się szczegółom, czasem powrócić do obrazu po przeczytaniu rozdziału. Wnoszą do książki własny rodzaj narracji, opowiadając o wydarzeniach językiem odmiennym od literackiego, a przecież tak doskonale z nim współbrzmiącym.
Warto również zwrócić uwagę na zamieszczone w publikacji fotografie archiwalne i reprodukcje dokumentów. Obok literackiej narracji oraz artystycznych interpretacji Karłowskiego stanowią one dodatkową warstwę opowieści, przywołując rzeczywiste miejsca, ludzi i wydarzenia. Szczególnie interesujące jest zestawienie fotografii przedstawiających zniszczony podczas wojny budynek Poczty Polskiej w Gdańsku z jego późniejszym wyglądem. To porównanie pozwala dostrzec ogrom wojennych zniszczeń, a jednocześnie uświadamia, jak zmieniała się przestrzeń miasta w kolejnych latach.
![]() |
| "Deutschland" w płomieniach, str. 26 - 27, Poczta Polska w Gdańsku |
![]() |
| Poczta Polska w Gdańsku, 2025. Fot. Marta Górska |
Dziś same te fotografie, ich wybór i sposób zestawienia nabierają dodatkowego znaczenia. Pokazują bowiem nie tylko historię wojennego Gdańska, lecz także to, jak pamiętano o niej w czasie przygotowywania książki. Obecność dokumentów i archiwalnych zdjęć wzmacnia jej historyczny charakter, przypominając, że za literackimi scenami i plastyczną ekspresją stoją prawdziwe wydarzenia.
Przy okazji tej lektury odkrywam również kolejne, fascynujące oblicze twórczości Eustachego Lecha Karłowskiego — grafikę o tematyce wojennej. Wśród jego prac znajdują się także linoryty przedstawiające sceny walki. Cztery z nich, zatytułowane „Na pozycji”, „Atak”, „Tyraliera” i „Desant czołgowy”, odnalazłam w katalogu jednej z aukcji. W zestawieniu z ilustracjami książkowymi szczególnie wyraźnie widać niezwykłą swobodę, z jaką artysta operował odmiennymi technikami.
Delikatną, choć niespokojną kreskę zastępują tutaj zdecydowane kontrasty czerni i bieli, rozległe plamy i gwałtowna dynamika kompozycji. W „Tyralierze” sylwetki biegnących żołnierzy układają się w rytmiczny pochód, którego kierunek i tempo wyznaczają ostre cięcia. W „Desancie czołgowym” ogromne powierzchnie czerni niemal pochłaniają przedstawienie, a potężna maszyna i ludzkie sylwetki tworzą zwartą, pełną napięcia kompozycję. Postacie nadal pozostają niemal anonimowe, pozbawione wyraźnych rysów twarzy, a jednak pełne życia, ruchu i dramatyzmu.
![]() |
| Eustachy Lech Karłowski - Tyraliera, linoryt |
![]() |
| Eustachy Lech Karłowski - Desant czołgowy, linoryt |
Jakże różne są to środki wyrazu i jak znakomicie Karłowski potrafił wykorzystać możliwości każdego z nich! Z jednej strony swobodny, niemal szkicowy rysunek książkowy, z drugiej wyrazista, mocna grafika linorytnicza. Obie formy łączy doskonałe wyczucie kompozycji, dynamiki i emocjonalnej siły obrazu.
To dla mnie kolejny dowód niezwykłości talentu Eustachego Lecha Karłowskiego, którego dorobek artystyczny wciąż wydaje mi się zbyt mało znany i doceniany. Jego ilustracje w „Deutschland” w płomieniach są pełnoprawnymi dziełami plastycznymi, wartymi poznania także niezależnie od tekstu, któremu towarzyszą.
Opowieść Bolduana i Podgórecznego zmierza ku ostatnim miesiącom wojny. Finałowy rozdział, zatytułowany „Odwet za Westerplatte”, przenosi czytelnika do Gdyni i Gdańska w 1945 roku. Niemieckie wojska przygotowują się do obrony, trwa dramatyczna ewakuacja ludności, a oddziały pomorskiego podziemia podejmują działania, które mają pomóc zbliżającym się wojskom.
Stefan Dargacz dociera do dowództwa II Frontu Białoruskiego, przekazując informacje dotyczące niemieckich umocnień i rozmieszczenia wojsk. W wydarzeniach tych pojawia się również brygada pancerna nosząca imię Obrońców Westerplatte, uczestnicząca w walkach o Gdańsk.
I tak, po latach okupacji, historia symbolicznie powraca do miejsca, od którego rozpoczęła się wojna.
Ostatnie zdania książki przynoszą obraz miasta, nad którym wciąż unoszą się dymy pożarów, choć walki dobiegły już końca.
„Ale Gdańsk był wolny”.
To zakończenie ma w sobie szczególną wymowę, zwłaszcza kiedy pamięta się o losach ludzi, którym poświęcono tę opowieść. O tych, którzy doczekali końca wojny, i tych, dla których zakończyła się ona znacznie wcześniej. O wszystkich wymienionych w dedykacji otwierającej książkę: ginących, cierpiących i walczących o polskość gdańskiego Wybrzeża.
Kiedy zamykam ten ponad sześćdziesięcioletni tom, myślę również o niezwykłych drogach, jakimi potrafią prowadzić nas własne zainteresowania. O wierszu Gałczyńskiego, który przed laty rozpalił we mnie ciekawość historii Westerplatte. O Gdańsku, który dzięki temu pokochałam. I o Eustachym Lechu Karłowskim, którego twórczość pozwoliła mi po latach ponownie odnaleźć się w świecie tych dawnych fascynacji.
Przede mną wciąż wiele jego prac do odkrycia. A każda z nich może przecież zaprowadzić mnie do kolejnej, zupełnie nieoczekiwanej historii.
![]() |
| Poczta Polska w Gdańsku, 2026. Fot. Marta Górska |
Marta Górska

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz