Niektóre płyty przychodzą w takim momencie życia, że trudno oddzielić je od własnego doświadczenia. Pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy coś w nas jest już gotowe, żeby je naprawdę usłyszeć. Wracają w ciągu dnia w krótkich fragmentach, w pojedynczych frazach, w liniach melodii, które nagle zaczynają mieć sens. Pojawiają się wieczorem, kiedy robi się ciszej i łatwiej coś w sobie usłyszeć wyraźniej. Czas przy nich zaczyna płynąć inaczej. Utwory przestają układać się w kolejne minuty, a zaczynają tworzyć pewien ciąg — myśli, obrazów, skojarzeń, które zostają i pracują jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. I dopiero po chwili dociera, że to nie jest zwykłe słuchanie. To jest spotkanie z czymś, co trafia dokładnie tam, gdzie powinno. „The Life I Got (To My Most Beloved)” ma w sobie właśnie tę precyzję.
