Czasem wystarczy jedna grafika, żeby na chwilę znaleźć się w świecie, który dawno przeminął. Wystarczy zatrzymać wzrok na czerni starego kadłuba, przyjrzeć się światłu pozostawionemu pomiędzy stoczniowymi konstrukcjami i pozwolić, żeby niewielki fragment wody na dole obrazu przyciągnął spojrzenie jeszcze na moment.
Lubię takie spotkania z papierem, który przechował czyjąś rękę, spojrzenie i kawałek czasu. Dzisiaj patrzę na Trawlera na Pochylni i zastanawiam się, ile historii może pomieścić jedna odbitka.
Pierwsze spojrzenie zatrzymuje się na kadłubie. Wielki, ciemny trawler zajmuje niemal całą środkową część kompozycji i od razu nadaje jej ciężar. Jego dziób wysuwa się wysoko ku prawej stronie, a szeroka, czarna sylwetka statku wyraźnie odcina się od jasnych fragmentów konstrukcji znajdujących się za nim.
Dopiero po chwili wzrok zaczyna wędrować dalej, po całym tym niezwykłym świecie zbudowanym przez Eustachego Lecha Karłowskiego. Pojawiają się kratownice, belki, pomosty, podpory i kolejne poziomy stoczniowej konstrukcji. Czarne linie splatają się ze sobą, tworząc gęstą architekturę, która otacza statek ze wszystkich stron. W tej plątaninie jest niezwykłe poczucie ruchu, a jednocześnie cała kompozycja pozostaje bardzo precyzyjnie uporządkowana.
Karłowski potrafił spojrzeć na stocznię jak na gotowy materiał graficzny. Z konstrukcji technicznych wydobywał rytm, z powierzchni kadłuba — monumentalną bryłę, a z drobnych szczelin pomiędzy elementami — światło. Jego kreska raz staje się mocna i szeroka, tworząc prawie jednolitą czerń, innym razem rozpada się na dziesiątki drobnych nacięć. Dzięki temu każda część obrazu ma własną fakturę.
Najbardziej lubię przyglądać się temu, jak ta różnorodność kreski prowadzi wzrok. Od wielkiej sylwetki trawlera przechodzę do nadbudówki, gdzie jasne prostokąty okien rozświetlają ciemną konstrukcję. Potem wzrok przesuwa się ku pochylni, między belkami i podporami, aż dociera do wody znajdującej się na samym dole.
Ten niewielki fragment wody zmienia sposób patrzenia na całą grafikę. Nagle można zobaczyć statek jako ogromną, ciężką konstrukcję, która za chwilę wyruszy w swoją właściwą przestrzeń. Pochylnia staje się miejscem przejścia. Trawler znajduje się pomiędzy stocznią a morzem, pomiędzy czasem budowy a czasem drogi.
I chyba właśnie ta chwila zatrzymana przez Karłowskiego wzrusza mnie najbardziej.
Statek zdaje się już należeć do chwili, w której opuści pochylnię, a jednocześnie wciąż pozostaje związany z miejscem, które go stworzyło. Nad nim i wokół niego pracuje cała stoczniowa architektura, pod nim pojawia się woda. Wszystko prowadzi ku momentowi, w którym ogromna czarna bryła wreszcie znajdzie się w ruchu.
Karłowski uchwycił więc coś więcej niż fragment portowego krajobrazu. Uchwycił moment oczekiwania na ruch.
Patrzę na ten linoryt i mam poczucie, że jego siła tkwi właśnie w tej powściągliwości. Wielki statek, gęsta konstrukcja stoczni i spokojna woda wystarczają, żeby opowiedzieć całą historię.
Kadłub jest niemal pozbawiony szczegółów, a jednak dzięki kilku jasnym liniom zachowuje swoją przestrzenność. Widać zaokrąglenie jego dolnej części, wyraźny zarys dziobu i subtelne różnice pomiędzy poszczególnymi płaszczyznami. Nadbudówka została potraktowana zupełnie inaczej. Pojawiają się w niej okna, poziome podziały i drobne elementy konstrukcyjne, dzięki którym ciemna bryła statku zaczyna mieć własne wnętrze.
Jeszcze inaczej Karłowski prowadzi kreskę w otoczeniu trawlera. Tutaj pojawia się gęstość. Belki krzyżują się pod różnymi kątami, jedne konstrukcje przesłaniają drugie, a jasne szczeliny pomiędzy nimi budują wrażenie głębi. Stocznia wydaje się ogromna właśnie dlatego, że artysta zamiast panoramicznego widoku wprowadza nas do środka tej konstrukcji i pozwala oglądać ją fragmentami.
Widać w tym niezwykle świadome myślenie o języku grafiki. W linorycie obraz rodzi się z wycinania matrycy i decyzji o tym, które partie przyjmą farbę, a które pozostaną jasne. Karłowski znakomicie wykorzystuje tę zależność.
Czerń jest u niego materią. Ma ciężar, gęstość i fakturę. Biel z kolei otwiera przestrzeń, pojawia się w oknach, pomiędzy elementami konstrukcji, na powierzchni wody i w niewielkich fragmentach kadłuba. Dzięki temu grafika zachowuje niezwykłą równowagę.
Szczególnie pięknie widać to w dolnej części kompozycji. Woda została potraktowana znacznie delikatniej niż stoczniowa konstrukcja. Krótkie, poziome ślady tworzą jej powierzchnię i pozwalają odczuć spokojny rytm. Po całej gęstości czerni i ukośnych linii pojawia się nagle przestrzeń.
Woda daje obrazowi oddech i może właśnie dlatego tak bardzo lubię ten fragment. Karłowski zostawia dla niej miejsce, dzięki czemu pozwala poczuć, dokąd prowadzi cała ta historia — ku morzu, ku ruchowi, ku chwili, w której statek znajdzie się wreszcie w swoim żywiole.
Przepiękna rama w niezwykle harmonijny sposób dopełnia ten obraz także poza samą odbitką. Czerń jej szerokiego profilu powtarza ciężar największych ciemnych płaszczyzn linorytu, a cienka złota linia wprowadza ciepło dokładnie tam, gdzie mogłoby go zabraknąć. Dzięki temu oprawa pozostaje spokojna i elegancka, a jednocześnie wydobywa z kremowego papieru jego miękkość i szlachetną patynę czasu.
Znakomity efekt daje także kolor passe-partout. Zamiast odcinać grafikę od otoczenia, tworzy dla niej rodzaj ciszy. Pozwala jasnym partiom odbitki wybrzmieć mocniej, a czerni zachować całą swoją głębię. Złoto pojawia się tylko jako delikatny akcent, dlatego całość zyskuje szlachetność bez dekoracyjnej przesady.
Patrząc na Trawlera na Pochylni w tej oprawie, mam wrażenie, że rama robi dokładnie tyle, ile powinna: zatrzymuje wzrok przy obrazie, porządkuje jego energię i pozwala mu oddychać. Nie staje się osobnym bohaterem, tylko pomaga zobaczyć jeszcze wyraźniej to, co Karłowski zbudował z czerni, światła i rytmu stoczniowych konstrukcji.
*******
Eustachy Lech Karłowski urodził się 19 maja 1927 roku w Marszałkowie koło Aleksandrowa Kujawskiego. Jego związki z morzem zaczęły się bardzo wcześnie i miały również wymiar praktyczny. Podczas służby w Marynarce Wojennej pracował na okręcie hydrograficznym „Żuraw”, a równocześnie zajmował się rysunkiem, redakcją techniczną i grafiką. Od 1949 roku związany był z „Młodym Żeglarzem” i „Morzem”.
Wtedy także na dobre związał swoją twórczość z morskim światem Gdańska i Wybrzeża.
Później współpracował ze „Sterem”, „Głosem Wybrzeża”, „Głosem Stoczniowca”, a także z miesięcznikiem „Jazz”. Był ilustratorem i autorem opracowań graficznych książek Wydawnictwa Morskiego. Tworzył linoryty, drzeworyty i monotypie, a jego tematy obejmowały morze, porty, miejskie pejzaże Gdańska i Warszawy oraz krajobrazy Trójmiasta.
W jego dorobku spotykają się dwa światy, które w Trawlerze na Pochylni są tak mocno ze sobą splecione: człowiek i technika, codzienność miasta i ogrom morza.
Karłowski patrzył na ten świat od środka. Znał jego język, jego konstrukcje, jego rytm, dlatego potrafił odnaleźć piękno także w zwyczajnym zapleczu portu. Stocznia była dla niego przestrzenią graficzną, której belki, pomosty, dźwigi i kadłuby miały własną geometrię, a światło pomiędzy nimi tworzyło gotowe kompozycje.
Jego artystyczna działalność była zresztą znacznie szersza.
Ważną częścią jego dorobku były również niezwykle błyskotliwe rysunki satyryczne. To właśnie on stworzył charakterystycznego „nosatego ludzika”, wzorowanego na własnym profilu, który w wersji męskiej, damskiej i dziecięcej pojawiał się w tysiącach prasowych rysunków.
Fascynujące jest to, jak różne oblicza tej samej artystycznej inteligencji można odnaleźć w jego pracach. W Trawlerze na Pochylni ujawnia się ona w precyzji kompozycji, wyczuciu rytmu, światła i przestrzeni, w umiejętności wydobycia porządku z gęstej stoczniowej konstrukcji. W rysunku satyrycznym działa zupełnie inaczej — błyskawicznie, poprzez skojarzenie, skrót i puentę. Karłowski potrafił zarówno budować z czerni i światła złożony świat obrazu, jak i zamknąć cały pomysł w jednym drobnym, niezwykle inteligentnym graficznym żarcie.
Ilustrował książki Zygmunta Brockiego, między innymi "Port Gdański", "Kot i kotwica", "Morze na oku" i "Morze pije rzekę". Przygotowywał również opracowania graficzne innych publikacji Wydawnictwa Morskiego. Jego prace pojawiały się w książkach, czasopismach i na okładkach, a później także w innych dziedzinach sztuki użytkowej.
Ciekawy jest również jego związek z sopockim jazzem. Karłowski zilustrował i opracował graficznie foldery Ogólnopolskich Festiwali Jazzowych w Sopocie w 1956 i 1957 roku /ich okładki zaprojektował Jerzy Skarżyński/.
Fascynujące, zwłaszcza w tym kontekście, są również jego prace marynistyczne. Wyłania się obraz artysty, który obserwował swoje otoczenie szerzej, niż mogłoby wynikać z jednego tematu. Morze było częścią jego świata, podobnie jak Gdańsk, Sopot, prasa, książka, teatr czy muzyka.
Karłowski otrzymał pierwszą nagrodę na Wystawie Grafiki Gdańskiej w 1958 roku. Jego prace pojawiały się również na kolejnych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Sopocie i Gdyni, między innymi na międzynarodowej wystawie Bałtyk w grafice w 1959 roku oraz kolejnych salonach Okręgu Gdańskiego ZPAP, a jego dorobek został później przypomniany między innymi na wystawie Morze, miasto, port w Muzeum Miasta Gdyni.
*******
Kiedy oglądam Trawlera na Pochylni w tym szerszym kontekście, jeszcze wyraźniej widzę, jak mocno jego sposób myślenia o grafice wyrastał z obserwacji miejsca. Statek jest tutaj konkretną bryłą w konkretnej sytuacji. Jego wielkość została pokazana poprzez kontrast z konstrukcjami stoczni, ciężar poprzez zwartą czerń, przyszły ruch poprzez kierunek pochylni i obecność wody, a techniczny charakter poprzez drobiazgową geometrię nadbudówki i otaczających ją urządzeń.
Każdy element pracuje tutaj na opowieść, zachowując przy tym charakterystyczną dla tej grafiki oszczędność. Właśnie ona robi na mnie największe wrażenie.
Odbitka, na którą patrzę, ma numer 30/100. Pod kompozycją znajduje się wykonany ołówkiem tytuł Trawler na Pochylni, numer odbitki oraz sygnatura E. L. Karłowskiego.
Uwielbiam wpatrywać się w ten zapis ołówkiem.
Jest w nim coś bardzo bezpośredniego. Obok całej tej stoczniowej konstrukcji, ogromnego kadłuba i starannie wyciętej kompozycji pozostaje kilka słów, numer i podpis postawione ręką artysty. Dzięki nim papier zachowuje jeszcze jeden ślad człowieka, który tę grafikę stworzył.
Eustachy Lech Karłowski zmarł 6 września 1975 roku w Gdańsku. W tym roku mija 51 lat od jego śmierci.
Patrzę na jego pracę po tylu latach i myślę o niezwykłej drodze, jaką potrafi przebyć grafika. Powstaje w określonym miejscu, w określonym czasie, z konkretnej obserwacji. Artysta wybiera fragment rzeczywistości i zatrzymuje go w swojej własnej formie. Potem papier zaczyna żyć własnym życiem. Przechodzi przez kolejne ręce, kolejne mieszkania, kolejne lata.
A obraz pozostaje.
Wciąż można zobaczyć ten sam trawler, tę samą pochylnię, tę samą gęstą konstrukcję nad statkiem i tę niewielką powierzchnię wody u dołu. Można nawet dzisiaj wejść wzrokiem w świat, który Karłowski zobaczył wiele dekad temu.
I właśnie w tym znajduję coś bardzo poruszającego.
Patrzę na wielki kadłub i jego niemal aksamitną czerń, na jasne linie wycięte w matrycy, na drobne okna nadbudówki i na wszystkie te konstrukcje, które oplatają statek. Potem schodzę wzrokiem do wody.
Jest tam od początku. Spokojna i jasna, jak miejsce, do którego wszystko zmierza.
Trawler jeszcze znajduje się na pochylni, lecz morze już jest częścią jego historii. A wraz z nim, po pięćdziesięciu jeden latach, wciąż płynie dalej kawałek świata, który Eustachy Lech Karłowski zobaczył i postanowił zatrzymać na papierze.
Marta Górska
Źródła i materiały: Gedanopedia / Encyklopedia Gdańska — hasło Eustachy Lech Karłowski; materiały Muzeum Miasta Gdyni do wystawy Morze, miasto, port; materiały katalogowe dotyczące grafiki Trawler na Pochylni.
*******
Między spojrzeniem a szybą
oddech zostawia ślad.
Między zachwytem a dłonią —
kilka milimetrów i lat.
A szczęście?
Dokładnie pomiędzy.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz