Oskar Matzerath patrzy na dorosłych z wyższości swoich 94 centymetrów. Po spacerze po Wrzeszczu ten pomysł Grassa bawi mnie jeszcze bardziej.
Trzylatek z blaszanym bębenkiem okazuje się obserwatorem zadziwiająco przenikliwym. Z wysokości dziecięcych oczu ogląda zachłanność, tchórzostwo, pożądanie, próżność, małe świństewka i wielkie podłości, cały imponujący repertuar dorosłości, któremu sami dorośli bardzo lubią nadawać poważne nazwy. A potem wystukuje im do tego rytm.
Ma przy tym jeszcze jeden talent: krzykiem rozbija szkło. Po kilkudziesięciu stronach człowiek zaczyna podejrzewać, że szkło należy w tej historii do elementów wyjątkowo odpornych.
Oskar drażni. Fascynuje. Bywa odrażający, zabawny, okrutny, błyskotliwy i irytujący w sposób niemal imponujący. Grass wyposażył go w dziecięce ciało, świadomość znacznie bardziej skomplikowaną oraz moralność działającą według bardzo własnego regulaminu. I jeszcze kazał mu opowiadać.
To ostatnie ma znaczenie, bo Oskar opowiada świat tak, jak sam chce go pamiętać. Raz mówi o sobie „ja”, za chwilę staje obok siebie i zostaje „Oskarem”. Żongluje pamięcią, fantazją i własną wersją wydarzeń z pewnością człowieka, który sam sobie wystarcza za świadka.
Czytelnikowi pozostaje bębenek. I jego rytm.
Dorośli widziani od dołu
Pomysł jest kapitalny.
Według własnej wersji wydarzeń Oskar w trzecie urodziny postanawia zatrzymać wzrost. Wokół niego świat dorosłych rośnie za to z rozmachem. Polityka, nazizm, przemoc, wojna, narodowe ambicje, rodzinne sekrety, erotyczne komplikacje, zdrady, strach.
Im większy staje się ten świat, tym wyraźniej widać jego małość.
Grass urządza sobie przy tym literacką ucztę. Pozwala Oskarowi zaglądać pod stoły, do łóżek, sklepów, piwnic i kościołów. Wielka historia wchodzi przez kuchnię, siada przy stole, zagląda do sklepowej witryny i wciska się pomiędzy rodzinne zależności. Wtedy uderza najmocniej.
„Blaszany bębenek” opowiada o potężnym kawałku europejskiej historii, a równocześnie pachnie jedzeniem, potem, mieszkaniem i ulicą. Jest cielesny aż do przesady. Grass najwyraźniej ufał, że człowiek składa się również ze śliny, cebuli, ziemniaków, brudnych palców, pożądania i całej fizjologii, o której eleganckie powieści mówią zwykle znacznie ciszej.
Tutaj wszystko dostaje pełne prawo głosu. Czasem aż chciałoby się Grassowi powiedzieć: dobrze, Günter, już naprawdę widzę. On wtedy oczywiście dorzuca jeszcze trochę.
Bębenek zamiast kroniki
Najbardziej fascynuje mnie sposób, w jaki historia wdziera się w tę powieść.
Gdańsk Grassa tworzą Polacy, Niemcy, Kaszubi, katolicy, protestanci, Żydzi, sąsiedzi, rodziny, kochankowie, ludzie związani interesami, uczuciami i przypadkiem. Tożsamość ma tu wiele odcieni. Historia próbuje zaś nadać wszystkiemu osobne nazwy i ustawić ludzi po właściwych stronach.
Historia uwielbia porządek. Człowiek okazuje się znacznie bardziej skomplikowany. Oskar patrzy na to wszystko ze swojej perspektywy i bębni. Jego instrument bywa zabawką, schronieniem, sposobem komunikacji, bronią, kroniką. Bębenek przechowuje rytm pamięci, podczas gdy ludzie układają własne wersje wydarzeń.
Grass opowiada więc o faszyzmie, wojnie i odpowiedzialności poprzez groteskę, absurd i brud codzienności. Wielkie katastrofy dzieją się pośród zwyczajnych ludzi. Tych samych, którzy rano kupują chleb, kochają swoje dzieci, zdradzają, kłócą się z sąsiadami i wieczorem kładą się spać.
Oskar na nich patrzy. Z góry. Ze swoich 94 centymetrów.
Pociąg do sztuki
A potem książka wyszła ze mną na ulicę. Na stacji Gdańsk Wrzeszcz przywitał mnie mural z napisem „Pociąg do sztuki”. Przyznaję, początek trasy dobrany niemal podejrzanie dobrze.
Kilka chwil później przyszła cegła, zieleń Parku Kuźniczki, tory, kamienice i Strzyża, która co jakiś czas pojawia się między budynkami, jakby sama prowadziła własną trasę przez dzielnicę.
Przy Pestalozziego 7/9 stoi dzisiejsze II Liceum Ogólnokształcące. Właśnie tutaj mieściła się szkoła powszechna, do której chodził Grass. Ceglane arkady, długi podcień, róże przy budynku. Miejsce bardziej codzienne niż pomnikowe.
I bardzo dobrze. Bo przecież również z takich miejsc później wyrasta literatura. Z drogi do szkoły. Z podwórka. Z tego, co widać przez okno. Z drobnych obrazów odkładanych gdzieś w pamięci bez świadomości, że kilkadziesiąt lat później wrócą w powieści.
Lelewela 13
Potem przychodzi adres. Lelewela 13. Dawna Labesweg 13, dom dzieciństwa Grassa. Mieszkanie jego rodziny znajdowało się na parterze i łączyło ze sklepem prowadzonym przez rodziców.
I właśnie tutaj najbardziej podoba mi się zwyczajność. Drzwi. Okno. Numer trzynaście. Tablica z fragmentem książki. Żółta skrzynka oblepiona naklejkami. Literacka legenda spotyka codzienność zupełnie bez ceremonii. Patrzyłam na ten dom i myślałam, ile trzeba zapamiętać z dzieciństwa, żeby po latach z kilku ulic, sklepu, sąsiadów, rodzinnych historii i własnej wyobraźni zbudować cały wszechświat.
Grass potrafił. A potem wpuścił do niego Oskara i dał mu bębenek.
Oskar czeka na ławce
Na placu Wybickiego literatura dostaje ciało. Oskar siedzi z bębenkiem, obok niego Günter Grass. Pisarz i człowiek, którego wymyślił.
Oskar zrobił swojemu twórcy rzecz przewrotną: przeżył go po swojemu. Wciąż siedzi na placu, nadal ma swoje 94 centymetry, bębenek i minę kogoś, kto wie o otoczeniu zdecydowanie więcej, niż zamierza wyjawić. Bardzo w jego stylu.
Usiadłam między nimi.
Układ towarzyski całkiem interesujący: z jednej strony ktoś, kto potrafi rozbić szkło głosem, z drugiej człowiek, który przez kilkaset stron rozbija czytelnicze przyzwyczajenia. Ja pośrodku. Przez chwilę bardzo mi to odpowiadało.
Wrzeszcz oglądałam z wysokości 155 centymetrów. To całe 61 centymetrów więcej niż Oskar, a więc całkiem spory zapas na łagodność. Może właśnie dlatego zobaczyłam tu więcej zieleni, światła i czułości. Czy obraz był przez to mniej prawdziwy? Tego już Oskar musiałby dowieść swoim bębenkiem.
Wajdelota pilnuje pamięci
Spacer prowadzi później na Wajdeloty i nagle sama nazwa ulicy zaczyna dopowiadać historię.
Wajdeloty od 1945 roku upamiętnia bohatera „Konrada Wallenroda” Mickiewicza. I tutaj trudno oprzeć się kilku wersom:
„O wieści gminna! Ty arko przymierza
Między dawnymi i młodszymi laty…”
Wajdelota u Mickiewicza przechowuje pamięć w pieśni. Grass daje pamięci bębenek. Dwóch pisarzy, dwie epoki, dwa całkiem różne światy, a pomiędzy nimi podobna intuicja: to, co opowiedziane, zaśpiewane, wystukane, potrafi przeżyć ludzi i wydarzenia. Na Wajdeloty ta myśl układa się szczególnie dobrze.
Stare fasady stoją obok odnowionych. W oknach toczy się współczesne życie. Strzyża pojawia się tuż obok, pod mostkami i między murami. Nazwy ulic niosą dawne opowieści, nawet gdy codzienność przechodzi pod nimi z zakupami. Mickiewiczowski wajdelota strzegł pamięci słowem. Oskar robi to po swojemu. Pałeczkami.
Strzyża, czyli zdanie prowadzone przez miasto
Najbardziej fotogeniczna podczas tego spaceru okazała się chyba Strzyża. Raz płynie pomiędzy kwiatami i zielenią, chwilę później zostaje ściśnięta przez ceglane mury. Chowa się pod małym mostkiem, znika w ciemnym łuku, wypływa kawałek dalej. Wygląda trochę jak zdanie prowadzone przez miasto. Zmienia szerokość, tempo i światło, a jednak trwa dalej.
I właśnie przy niej Wrzeszcz zaczął układać mi się w coś więcej niż trasę śladami pisarza. W pewnym momencie spaceru przyszła czułość dla tej części Gdańska. Dla wody wciśniętej między domy, starych drzew, niewielkich mostów, obdrapanej cegły, odnowionych fasad, zwykłych okien. Dla historii, które mieszczą się w miejscu także wtedy, kiedy pozostają poza kadrem.
Miejsce potrafi przechowywać bardzo wiele. Pisarz zostawia w nim książkę. Mieszkańcy własne życia. Ktoś inny wspomnienie człowieka, jednego gestu, jednej chwili. I nagle geografia staje się czymś znacznie bardziej osobistym niż mapa. Dom. Drzewo. Zakręt. Ławka. Kawałek miasta, który dla kogoś znaczy więcej, niż da się zmierzyć odległością między dwoma punktami.
Od bębenka do Starego Maneżu
Wrzeszcz podczas tego spaceru cały czas zmieniał ton. Stara zabudowa ustępowała miejsca kolejnej warstwie miasta. Garnizon ma już inną energię — cegła spotyka tu współczesność, restauracje, kawiarnie, ludzi i muzykę. W Starym Maneżu zatrzymała mnie ściana pełna koncertowych fotografii. Po całym spacerze z Oskarem łatwo zobaczyć w tym pewną ciągłość. Cały dzień zaczął się przecież od bębenka. Rytm pojawiał się w książce, w chodzeniu, w stukocie pociągów, w wodzie Strzyży, a na końcu trafił w miejsce, którego ściany pamiętają koncerty.
Grassowi pewnie spodobałby się taki finał. Oskarowi - zdecydowanie.
Kawa na koniec
Ostatni akord należał już do Struśkawki. Kawa, Garnizon za szybą, fontanna i kilka chwil siedzenia po długim chodzeniu.
Lubię zakończenia, które wyglądają zupełnie zwyczajnie. Filiżanka na spodku. Widok za oknem. Zmęczone nogi. I głowa, w której cały spacer powoli układa się w opowieść.
„Blaszany bębenek” okazał się dla mnie książką wymagającą, gęstą, zachłanną na obrazy, cielesność, słowa i dygresje. Grass chwilami potrafi zmęczyć czytelnika dokładnie w tym samym momencie, w którym go zachwyca. Właśnie dlatego ta powieść zostawia tak wyraźny ślad. Ma własny język. Własny świat. Własny hałas. A przede wszystkim Oskara — bohatera, którego po prostu trudno pomylić z kimkolwiek innym. Po spacerze przez Wrzeszcz dostał jeszcze adresy, drzwi, mostki, cegłę, szkołę, wodę i ławkę, na której mogłam usiąść między nim a jego twórcą.
Wrzeszcz po Grassie
Wracałam z poczuciem, że Wrzeszcz dostał w mojej głowie własne miejsce. Literatura zamieniła się tego dnia w trasę. Lelewela 13 przestało być adresem z biografii. Szkoła dostała ceglane arkady i róże. Strzyża własny nurt. Wajdeloty połączyła Grassa z Mickiewiczem cienką nicią pamięci. Oskar wyszedł spomiędzy stron i usiadł na ławce. A potem przyszła jeszcze kawa.
I właśnie taki sposób czytania lubię najbardziej. Kiedy książka zaczyna prowadzić dalej niż ostatnia strona.
Grass stworzył powieść pełną okrucieństwa, śmieszności, cielesności, historii i groteski. Oskar Matzerath dostał od niego 94 centymetry wzrostu oraz perspektywę, z której ludzkość prezentuje się wyjątkowo interesująco. Wrzeszcz dał mu miejsce. Mickiewicz dorzucił wajdelotę. Strzyża poprowadziła dalej.
A mały chłopiec wciąż bębni.
I po tym spacerze słyszę go całkiem wyraźnie.
Marta Górska


























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz