Pierwszy zachwyt nie zawsze mija. Czasem dojrzewa razem z człowiekiem, nabiera ciężaru, barwy i własnej pamięci. „That’s My Game” Marcina Wądołowskiego wyrasta właśnie z takiego powrotu — do gitarowych mistrzów, do brzmień, które kiedyś otworzyły drzwi, i do emocji, które po latach okazują się jeszcze głębsze. To płyta o muzyce, która pamięta. I o czasie, który potrafi zachwytu nie zużyć, lecz go uszlachetnić.
Zanim położyłam płytę na talerzu, długo patrzyłam na okładkę.
Granat, stal, rozmyte bursztynowe światło. Obraz uchwycony jakby pomiędzy ruchem a odzyskaniem ostrości. Smukły pion tytułu przecina kadr, prowadząc wzrok przez coś, co bardziej przypomina wspomnienie lub ... sen, niż fotografię konkretnego przedmiotu.
To bardzo trafne pierwsze zdanie tej płyty.
Bo „That’s My Game” Marcina Wądołowskiego jest w dużej mierze właśnie o pamięci. O tym, co zostaje z pierwszego zachwytu po wielu latach grania, uczenia się, słuchania, poznawania kolejnych muzycznych języków. O chwili, w której można ponownie wziąć do ręki Gibsona Les Paula Custom i spotkać się z chłopakiem olśnionym kiedyś brzmieniem Jimmy’ego Page’a. Tyle że do tego spotkania przychodzi już dojrzały gitarzysta — z doświadczeniem gitary klasycznej i jazzu, własnymi kompozycjami, ogromną muzyczną drogą za sobą i własnym sposobem prowadzenia dźwięku.
Sam Wądołowski nazywa ten album „pewnego rodzaju klamrą”, powrotem do pierwszych gitarowych zachwytów. I właśnie dlatego ten powrót ma sens: nie prowadzi do miejsca, z którego kiedyś wyruszył, lecz pozwala zobaczyć je z perspektywy wszystkiego, co wydarzyło się później.
Nazwiska mistrzów zostały tutaj zapisane otwarcie. „Blues Is on My Mind” prowadzi w stronę Briana Maya, „Over You” ku Ericowi Claptonowi, „Rainy Day” ku Steve’owi Lukatherowi, „Open the Gate” ku Eddiemu Van Halenowi. Po drugiej stronie winyla „That’s My Game” patrzy w stronę Jimmy’ego Page’a, „Infinity of Blue Sky” – Johna Mayera, „Run for Love” – Roberta Planta.
Traktuję te dedykacje bardziej jak współrzędne niż instrukcję obsługi. Wądołowski pokazuje miejsca, z których kiedyś wyruszył, a potem gra już własnym głosem. Inspiracja pozostaje rozpoznawalna, ale pomiędzy nią a dźwiękiem rozciąga się cała droga człowieka, który zdążył bardzo wiele nauczyć się o gitarze, muzyce i sobie samym.
Najbardziej porusza mnie jednak w „That’s My Game” coś jeszcze. Przekonanie, że prawdziwy zachwyt ma własny stosunek do czasu. Może rozpocząć się nagle, od jednego dźwięku, obrazu, spotkania, a potem przejść przez lata i wrócić w zupełnie innej postaci. Głębszy, pewniejszy, wzbogacony wszystkim, co wydarzyło się pomiędzy.
Wądołowski spotyka po latach swoich dawnych mistrzów właśnie w taki sposób. Przychodzi do nich jako człowiek, którym stał się od tamtej chwili. I nagle okazuje się, że pierwsze olśnienie wcale nie należało wyłącznie do młodości. Wytrzymało czas. Więcej — czas je uszlachetnił.
Lubię myśleć, że z najważniejszymi zachwytami bywa podobnie. Po latach rozpoznajemy w nich coś, czego na początku jeszcze nie umieliśmy nazwać. Zachwyt przestaje być chwilą. Staje się więzią.
Z zachwytem jest zresztą coś osobliwego: pozostaje zupełnie obojętny na geografię. Może mieć za sobą światła Londynu i całą historię rocka, a może przydarzyć się w maleńkim Skórzewie. Wielkość miejsca nigdy przecież nie mówi nic o wielkości tego, co człowiek w nim poczuł.
Historia tej płyty zatacza przy tym jeszcze jedną, mniej oczywistą pętlę. „Over You” i „Rainy Day” pojawiały się już kilkanaście lat temu na „Taxi” The Moongang, nagranym również z Joanną Knitter. Ich powrót sprawia, że „That’s My Game” staje się podróżą nie tylko w stronę cudzych mistrzów. Marcin wraca także do własnej muzycznej przeszłości. Bierze z niej to, co wciąż żywe, i umieszcza w nowym otoczeniu.
To bardzo ludzki sposób opowiadania o czasie.
Pierwszą stronę zamyka „Little Wing”. W kontekście całej płyty wybór Hendrixa wydaje mi się szczególnie piękny. W tej kompozycji od początku było coś trudnego do zamknięcia w jednym gatunku: blues, rock i soul przenikają się z czymś niemal sennym, a melodia unosi się ponad harmonią z osobliwą lekkością.
Sam tekst Hendrixa również zbudowany jest z obrazów wymykających się dosłowności — chmur, wiatru, wyobraźni, niemal baśniowej kobiecej postaci przynoszącej ukojenie. Dzięki temu „Little Wing” staje się tutaj czymś więcej niż ukłonem w stronę gitarowego kanonu. Otwiera przestrzeń dla tego, czego w muzyce nie da się zmierzyć techniką.
A właśnie tam Wądołowski jest dla mnie najciekawszy.
Jego Les Paul potrafi mieć ciężar, szeroki środek, długie wybrzmienie i drapieżność, lecz gitarzysta cały czas myśli frazą. Instrument ma tutaj mięśnie, ale ma również oddech. Potrafi wejść przed zespół z potężnym dźwiękiem, a chwilę później zostawić miejsce melodii. Wirtuozeria pojawia się tam, gdzie czemuś służy; ważniejsze od demonstracji możliwości okazują się artykulacja, barwa i sposób budowania napięcia.
I właśnie w takich chwilach najwyraźniej słychać, że rockową gitarę trzyma człowiek ukształtowany również przez jazz.
Druga strona zaczyna się od deklaracji: „That’s My Game”. Tytuł można oczywiście przełożyć jako „to moja gra”, ale słyszę w nim coś szerszego: to moja przestrzeń, moja droga, mój język.
Po tylu latach Wądołowski może wrócić do tego, co kiedyś uruchomiło całe późniejsze życie, i opowiedzieć o tym już własnym głosem. Jimmy Page, Eric Clapton, Brian May czy Robert Plant przestają być pomnikami. Stają się punktami prywatnej mapy, po której dzisiejszy Wądołowski porusza się samodzielnie.
Za tą mapą stoi świetny zespół.
Joanna Knitter ma tutaj rolę znacznie ważniejszą niż funkcja wokalistki na płycie gitarzysty. Pisze teksty do autorskich kompozycji i nadaje im ludzką temperaturę. Jej głos ma potrzebną tej muzyce materię: bluesową szorstkość, soulową pełnię, a przy tym naturalność, dzięki której piosenka pozostaje piosenką, zamiast zamieniać się w pretekst do następnego gitarowego solo. Szczególnie cenię przestrzeń, którą Wądołowski jej zostawia. Gitara i głos prowadzą własną, interesującą i wciągającą dla postronnego odbiorcy rozmowę.
Artur Jurek na instrumentach klawiszowych, zwłaszcza Hammondzie, wnosi barwę niemal organicznie związaną z tym rodzajem muzyki. Hammond wypełnia przestrzeń pomiędzy gitarą a sekcją, ociepla ją, podtrzymuje napięcie i potrafi nadać utworowi ciężar, zanim jeszcze gitara wypowie mocniejsze zdanie.
Paul Rutschka i Adam Czerwiński tworzą natomiast fundament pozwalający pozostałym muzykom na swobodę. Bas daje tej muzyce sprężystość i głębię, a perkusja Czerwińskiego prowadzi ją z ogromnym wyczuciem pulsu. Groove jest tutaj częścią konstrukcji. Dzięki niemu nawet momenty o największym gitarowym ciężarze zachowują ruch.
Czerwiński jako producent rozumie przy tym coś bardzo istotnego: taka płyta potrzebuje żywego zespołu wokół lidera. Każdy z muzyków wnosi własny głos, a całość zachowuje organiczność wspólnego grania.
I w tym miejscu należy powiedzieć coś więcej o samym wydawnictwie:
AC Records potraktowało „That’s My Game” jak album, który ma istnieć również jako przedmiot. Nagranie powstało w gdańskim Custom 34 Studio z wykorzystaniem analogowego toru, konsolety Neve, 24-śladowego Studera A827 i taśmy Quantegy GP9. Analogowy mastering wykonał Piotr Łukaszewski, a nacięcie matrycy metodą DMM — Hendrik Pauler w Pauler Acoustics.
Można przeczytać tę listę jak katalog urządzeń. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co z niej wynika: Muzyka wracająca do czasów, kiedy dźwięk miał bardzo wyraźną fizyczność, sama otrzymała fizyczny sposób zapisu. Na winylu ta decyzja nabiera szczególnego sensu. Uderzenie stopy, sprężystość basu, ciało Hammonda, głos Knitter i przesterowana gitara potrzebują przestrzeni. Potrzebują też dynamiki, aby moc rzeczywiście miała z czego wyrosnąć.
Adam Czerwiński zrobił więc więcej niż kolejny tytuł w katalogu AC Records. Dał tej muzyce środowisko odpowiadające jej naturze — studyjne, producenckie i wydawnicze. W świecie, w którym album coraz łatwiej redukuje się do obrazka wielkości znaczka pocztowego i kolejnych utworów przesuwanych palcem na ekranie, tutaj znów ma się ochotę wyjąć płytę z koperty. Rozłożyć ją. Obejrzeć. Przeczytać nazwiska. Zatrzymać wzrok na szczegółach.
I wtedy pojawia się jeszcze jeden pełnoprawny bohater „That’s My Game”.
Obraz.
Kuba Karłowski odpowiada za projekt, fotografie i ilustracje albumu. I zrobił tutaj coś, co w projektowaniu muzycznych wydawnictw cenię szczególnie: posłuchał muzyki zamiast ją dosłownie zilustrować. Na froncie mógł przecież znaleźć się Les Paul. Gitarzysta. Wzmacniacz. Scena. Wszystko, co natychmiast oznajmiłoby: rock.
Kuba Karłowski wybiera światło, ruch i niedopowiedzenie.
Chłodne błękity spotykają się z niewielkimi plamami złota i bursztynu, ostrość rozpada się na refleksy, a smukła typografia porządkuje obraz, zostawiając mu swobodę. Okładka daje przestrzeń, żeby samemu w nią wejść.
Bardzo pasuje to do muzyki Wądołowskiego, bo również ona zbudowana jest z rozpoznawalnych źródeł, lecz znaczenia zaczynają się tam, gdzie kończy się proste wskazywanie inspiracji.
Po otwarciu wydawnictwa zmienia się rytm.
Pojawia się dokumentacja pracy w studio: muzycy, instrumenty, mikrofony, momenty wspólnego grania. Konkret. Obok niego obrazy znacznie bardziej symboliczne, fragmenty świata wyjęte z codzienności, sztuka, architektura, światło. Szczególnie mocno działa obecność „Death and the Maiden” Elny Borch — obrazu uruchamiającego skojarzenia zamiast zamykania ich w jednym znaczeniu.
Fotografia, ilustracja, zapis procesu i techniczna informacja zaczynają funkcjonować razem.
I tutaj oprawa Karłowskiego spotyka się z muzyczną ideą całej płyty najpełniej. Robi z obrazem dokładnie to, co Wądołowski robi z czasem. Łączy konkret ze wspomnieniem. To, co można dotknąć, z tym, co zostało gdzieś w człowieku. Pokazuje ręce, instrumenty i ludzi, a za chwilę zostawia światło, cień, ruch i skojarzenie.
Nawet typografia ma swój rytm. Ciemne pola pozwalają odpocząć wzrokowi, kolaże zdjęć przyspieszają tempo, cienkie jasne litery zostawiają pierwszeństwo fotografiom.
To bardzo elegancka oprawa. Współczesna, wyrazista, a przy tym wolna od najłatwiejszego rockowego kostiumu.
Karłowski dodał więc do tej płyty jeszcze jeden instrument. Taki, którego nie słychać z głośników — sposób patrzenia.
I dlatego „That’s My Game” tak dobrze działa jako całość.
To album o gitarze, ale jeszcze bardziej o drodze do własnego brzmienia. O mistrzach, których można nosić ze sobą przez całe życie i po latach spotkać już z własnej pozycji. O powrotach, które pozwalają zobaczyć, ile zmieściło się pomiędzy pierwszym poruszeniem a dzisiejszym dźwiękiem. Marcin Wądołowski wraca do swoich początków jako ktoś, kto zdążył pójść bardzo daleko.
„That’s My Game” opowiada mi właśnie o takim trwaniu. O fascynacjach, które wraz z czasem nabierają głębi. O spotkaniach po latach, podczas których rozpoznaje się coś dawnego, a równocześnie odkrywa coś zupełnie nowego. O tym, że czas potrafi być dla uczuć nie próbą, lecz materią, z której buduje się ich wartość. I może właśnie na tym polega wierność pierwszemu poruszeniu: pozwolić mu dorastać razem z człowiekiem. Wtedy wiadomo, że tamten pierwszy zachwyt naprawdę miał znaczenie. Kiedy po latach wciąż jest zachwytem. Tylko już znacznie większym.
Marta Górska
![]() |
| Fot. Kuba Karłowski |
Marcin Wądołowski – „That’s My Game” /link/
Wytwórnia: AC Records. Numer katalogowy: ACR 039. Premiera: 24 lipca 2026 Format: LP; wydanie na czarnym winylu oraz limitowane wydanie na winylu przezroczystym
Skład: Joanna Knitter – wokal Marcin Wądołowski – gitary Artur Jurek – instrumenty klawiszowe Paul Rutschka – gitara basowa Adam Czerwiński – perkusja
Produkcja: Adam Czerwiński Realizacja nagrania: Piotr Łukaszewski Asystent realizatora: Mikołaj Łukaszewski Analogowy mastering: Piotr Łukaszewski Nacięcie matrycy DMM: Hendrik Pauler, Pauler Acoustics Nagranie: 14–15 stycznia 2026, Custom 34 Studio, Gdańsk Projekt graficzny, fotografie i ilustracje: Kuba Karłowski
Strona A
1. Blues Is on My Mind – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for Brian May
2. Over You – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for Eric Clapton
3. Rainy Day – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for Steve Lukather
4. Open the Gate – muz. Marcin Wądołowski – for Eddie Van Halen
5. Little Wing – muz. i sł. Jimi Hendrix
Strona B
1. That’s My Game – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for Jimmy Page
2. Infinity of Blue Sky – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for John Mayer
3. The Thrill Is Gone – Roy Hawkins, Rick Darnell
4. Run for Love – muz. Marcin Wądołowski, sł. Joanna Knitter – for Robert Plant
5. Wishing Well – muz. i sł. Paul Rodgers








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz