poniedziałek, 21 września 2026

Głowa w proszku. „Pulverkopf” w Teatrze Polskim - Poznań, 20.09.2026


Prawie cztery godziny, jedna przerwa, kilka epok, kilka języków, wojna, pamięć, muzyka, śmierć, Międzyrzecz, Berlin, Poznań i człowiek próbujący poskładać siebie z cudzych historii. Pulverkopf  Katarzyny Kalwat łatwo opowiedzieć źle, jeszcze łatwiej opowiedzieć za dużo, dlatego wolę zostawić kilka śladów, które zabrałam ze sobą z Teatru Polskiego.




Już sam tytuł dobrze przygotowuje na to, co wydarzy się później. Pulverkopf — głowa w proszku, głowa rozsypana, słowo, które można obracać, sprawdzać z różnych stron i za każdym razem wydobyć z niego trochę inne znaczenie. Podobnie działa całe przedstawienie.




Na początku próbowałam jeszcze układać sobie ludzi, daty, miejsca i zależności. Kto jest czyją matką, babką, kochankiem, sąsiadem, wspomnieniem, umarłym, którego obecność gdzieś nadal trwa. Szukałam linii, po której można będzie bezpiecznie przejść przez prawie cztery godziny, ale dość szybko stało się jasne, że Pulverkopf takiej wygodnej drogi nie proponuje.

Historia Patryka Werhunta, oparta na powieści Edwarda Pasewicza, przypomina raczej działanie pamięci niż klasycznie rozwijaną fabułę. Jedne rzeczy zostają w niej z absurdalną dokładnością, inne znikają, kolejne po latach obrastają cudzymi słowami. Człowieka można pamiętać przez zapach, gest, jedno zdanie albo historię powtarzaną w rodzinie tak długo, że granica pomiędzy faktem a opowieścią zaczyna się zacierać.

Patryk próbuje odnaleźć siebie pośród Międzyrzecza, które występowało również jako Meseritz; polskich, niemieckich, żydowskich i sowieckich historii, rodzinnych wspomnień, seksualności, cudzych zapisków i życia Norberta von Hannenheima. Rzeczywistość miesza się tu z pamięcią, pamięć z wyobraźnią, a teatr pozwala temu wszystkiemu istnieć obok siebie, bez przymusu natychmiastowego porządkowania.


Scena też pamięta

Jeszcze zanim pada pierwsze słowo, scenę można długo oglądać.




Coś na niej wyrasta, coś zwisa, coś przypomina przedmiot znaleziony po latach w piwnicy, coś wygląda jak fragment snu, którego rano nie potrafimy już dokładnie odtworzyć. Nad wszystkim zawieszona jest wielka kula — planeta, kamień, może kawałek jakiegoś osobnego świata. Scenografia Aleksandry Wasilkowskiej ma w sobie coś z wykopaliska, rupieciarni i wnętrza czyjejś pamięci jednocześnie. Przedmioty czekają na swoje historie, a ich znaczenia odsłaniają się stopniowo, czasem dopiero długo po tym, kiedy zobaczyło się je po raz pierwszy.


Poniedziałek

Jacek Poniedziałek prowadzi widza przez cały ten labirynt i robi to tak, że po pewnym czasie przestaje się patrzeć na ogrom pracy aktorskiej, ilość tekstu, zmiany czasu i wieku postaci. Zostaje Patryk.

Poniedziałek potrafi jednym przesunięciem ciała, zmianą tempa mówienia albo sposobem ustawienia ramion odmłodzić bohatera o kilkadziesiąt lat. Wszystko odbywa się bez demonstracyjnego sygnalizowania kolejnych przejść, dzięki czemu łatwo uwierzyć, że patrzymy na tego samego człowieka oglądanego w różnych momentach życia.




Lubię aktorstwo, przy którym warsztat zaczyna się zauważać dopiero po spektaklu. Na scenie ma być przede wszystkim człowiek — śmieszny, drażniący, pogubiony, bezczelny, kruchy, czasem nieznośny, a przede wszystkim żywy. Patryk Poniedziałka taki jest.


Babka Weronika

Bogusława Schubert jako Babka Weronika zrobiła na mnie największe wrażenie.

Miałam chwilami poczucie, że ona wcale nie przyszła z garderoby, tylko ktoś przyprowadził na scenę prawdziwą starszą kobietę z całym jej życiem, pamięcią, sposobem poruszania się, mówienia i patrzenia. Z rytmem opowieści, w którym jedno wspomnienie zaczepia się o drugie, z ciałem noszącym już swój wiek i z rodzajem zwyczajności niezwykle trudnym do zagrania.

Schubert potrafi być szorstka, zabawna, groteskowa, a za chwilę bardzo ludzka i delikatna, przy czym żadna z tych zmian nie wygląda jak aktorski popis. Babka wydaje się kimś, kto żył długo przed naszym wejściem na widownię i będzie istniał również po opuszczeniu sceny.

Zostaje ze mną szczególnie jedna z jej późniejszych scen, bardzo prosta, cielesna, związana z przemijaniem i bliskością. Nie chcę jej opisywać, bo należy do tych momentów, które lepiej spotkać bez wcześniejszej instrukcji. W kilku zwyczajnych gestach ogromna opowieść o pamięci, wojnie, historii i tożsamości zawęża się do przestrzeni pomiędzy dwojgiem ludzi.


Kobiety

Zresztą kobiece role są tutaj świetne.

Alona Szostak jako Matka i Irina wnosi na scenę zupełnie inną temperaturę. Szczególnie Irina pojawia się jak czyjeś dawne wspomnienie, które niespodziewanie dostało ciało i głos, a jej historia zmienia na chwilę sposób, w jaki siedzi się w fotelu.

Karolina Rzepa jako Redaktorka z kolei odsłania sam mechanizm tworzenia opowieści. Ktoś coś zapisuje, ktoś chce skracać, ktoś poprawia, ktoś uważa fragment za zbyt długi albo zbędny. Spektakl pokazuje przy tym, jak łatwo redagowanie historii może stać się redagowaniem człowieka. Ile można wykreślić z czyjegoś życia, żeby opowieść zrobiła się wygodniejsza, bardziej zwarta, łatwiejsza do przyjęcia?

To pytanie zostało ze mną dużo dłużej niż sama scena.


Kiedy zapalają światło

Jednym z najmocniejszych momentów drugiej części było dla mnie zapalenie świateł na widowni.

Przez większość spektaklu siedzimy bezpiecznie po swojej stronie granicy: scena jest tam, my tutaj, aktorzy opowiadają, widzowie słuchają. W pewnym momencie ta umowa zostaje przerwana. Widzę twarze ludzi kilka rzędów dalej, dostrzegam ich reakcje, ruchy i spojrzenia, a słowa ze sceny zaczynają być kierowane również do nas.

Zmienia się wtedy bardzo dużo, choć technicznie dzieje się niewiele. Publiczność przestaje być ciemnym tłem, stajemy się grupą konkretnych ludzi z własnymi historiami, rodzinami, umarłymi, zdaniami zasłyszanymi kiedyś od rodziców i dziadków, z rzeczami zapamiętanymi dokładnie oraz z tymi, które po latach mogły zmienić kształt.

Wtedy szczególnie mocno poczułam, że Pulverkopf opowiada także o tym, ile cudzych istnień nosimy w sobie. Patryk szuka własnej historii w historiach innych ludzi, ale trudno przecież żyć inaczej. Każdy z nas jest trochę zbudowany z tego, co usłyszał wcześniej.

Dopóki światło jest zgaszone, łatwiej o tym zapomnieć.




Muzyka

Osobne miejsce należy się muzyce wykonywanej na żywo przez Fryderyka Lutyńskiego. Fortepian nie jest tutaj ozdobą ani tłem, tylko częścią opowieści. Czasem prowadzi scenę, czasem ją przecina, innym razem zostawia pojedynczy dźwięk dokładnie tam, gdzie słowo przestaje wystarczać.

To szczególnie ważne przy historii Norberta von Hannenheima, kompozytora i ucznia Arnolda Schönberga, którego życie oraz w znacznej części utracona twórczość stają się dla Patryka kolejnym sposobem szukania człowieka po śladach, jakie po nim zostały. Krzysztof Oleksyn ma w tej roli fragment należący do najmocniejszych momentów całego przedstawienia. Więcej zdradzać szkoda.


Co zostaje

Pulverkopf wymaga od widza uwagi i zgody na chwilowe zagubienie. Momentami wiedziałam dokładnie, za którą historią idę, a chwilę później Międzyrzecz mieszał się z Berlinem, przeszłość z teraźniejszością, żywi z umarłymi i pozostawało już tylko wejść w ten świat bez potrzeby natychmiastowego porządkowania wszystkiego.




I ten sposób oglądania podobał mi się najbardziej.

Ludzkie życie też przecież rzadko daje się opowiedzieć równą linią. Po człowieku zostaje kilka zdjęć, jedno zdanie, nuty, przedmiot znaleziony po latach w szufladzie, wspomnienie babki, nazwisko zapisane na kartce, czyjaś opowieść, której dokładności już nikt nie potrafi sprawdzić.

Ktoś później bierze te fragmenty do ręki i próbuje zbudować z nich całe życie.

Po prawie czterech godzinach wychodzę z Teatru Polskiego z tytułową głową w proszku, ale rozumiem już ten tytuł zupełnie inaczej niż przed rozpoczęciem spektaklu.

Bo Pulverkopf zostawia po sobie coś, co lubię w teatrze najbardziej: po wyjściu na ulicę przedstawienie nadal pracuje w głowie, i za każdym powrotem odsłania trochę inny obraz.




Marta Górska



PULVERKOPF

Na podstawie powieści Edwarda Pasewicza.

Reżyseria: Katarzyna Kalwat

Adaptacja: Krzysztof Szekalski, Edward Pasewicz

Muzyka: Fryderyk Lutyński

Scenografia: Aleksandra Wasilkowska

Kostiumy: Tasha Katsuba

Współpraca choreograficzna: Wojciech Grudziński

Światła: Paweł Zabel

Charakteryzacja: Joanna Chudyk


Obsada: Jacek Poniedziałek, Alona Szostak, Bogusława Schubert, Piotr Kaźmierczak, Wojciech Karalus, Denis Kudijenko, Hiroaki Murakami, Krzysztof Oleksyn, Barbara Krasińska, Karolina Rzepa, Fryderyk Lutyński


Koprodukcja Nowego Teatru w Warszawie i Teatru Polskiego w Poznaniu.

Czas trwania: 3 godz. 50 minut, 1 przerwa

Informacje i repertuar: Teatr Polski w PoznaniuPulverkopf - Teatr Polski w Poznaniu_1875



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz