czwartek, 15 października 2026

Art Farmer – „Art in Wrocław” (AC Records, 2024), 2LP


Blisko trzy dekady temu, we wrocławskim studiu Polskiego Radia spotkało się pięciu znakomitych muzyków. Art Farmer, jeden z najwybitniejszych amerykańskich instrumentalistów jazzowych, przywiózł ze sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia, niezwykłą kulturę muzyczną i wymagania, którym przede wszystkim sam starał się sprostać. Towarzyszący mu instrumentaliści wnieśli własne temperamenty, pomysły i umiejętność porozumiewania się językiem improwizacji. Powstał album, którego historia mogłaby posłużyć za piękną opowieść o artystycznej odpowiedzialności, zaufaniu i spotkaniach pozostających w pamięci na długie lata. Dzisiaj „Art in Wrocław” powraca dzięki AC Records w znakomitej winylowej edycji, której wyjątkowy charakter dopełnia pełna wyobraźni oprawa graficzna Kuby Karłowskiego.




W historii jazzu Art Farmer zajmuje miejsce szczególne. Jego muzyczna droga, prowadząca od bebopowych doświadczeń lat czterdziestych, poprzez współpracę z Horace'em Silverem, Gerrym Mulliganem czy Bennym Golsonem, aż po dojrzałe, niezwykle liryczne nagrania z ostatnich dekad życia, pozwala przyjrzeć się artyście, który przez ponad pół wieku konsekwentnie doskonalił własny język. Z biegiem lat coraz wyraźniej dochodziła w nim do głosu wyjątkowa umiejętność nadawania muzycznej wypowiedzi naturalności, jaką zwykle przypisujemy ludzkiemu głosowi.

Farmer potrafił prowadzić melodię z ogromną delikatnością, pozostawiając jej przestrzeń do oddychania, a jednocześnie zachowywał niezwykłą precyzję artykulacji i pełną świadomość harmonicznej konstrukcji utworu. Jego brzmienie, ciepłe, zaokrąglone, chwilami niemal aksamitne, z biegiem lat nabierało coraz bardziej indywidualnego charakteru. W późniejszym okresie kariery szczególnie ważny stał się dla niego flumpet, instrument zaprojektowany specjalnie z myślą o jego potrzebach, łączący właściwości trąbki i flugelhornu. Pozwalał zachować wyrazistość frazy, nadając jej jednocześnie miękkość i głębię, które tak pięknie współgrały z muzyczną osobowością Farmera.

Imponująca technika pozostawała u niego w służbie melodii, a cała uwaga koncentrowała się na tym, co można przekazać za pomocą pojedynczego dźwięku, pauzy czy delikatnej zmiany artykulacji. Ta umiejętność nadawania znaczenia pozornie drobnym elementom muzycznej wypowiedzi świadczy o ogromnej dojrzałości artystycznej. O doświadczeniu, które pozwala powiedzieć bardzo wiele za pomocą starannie dobranych środków, a słuchaczowi pozostawia przyjemność odkrywania kolejnych znaczeń.

Do spotkania Farmera z polskimi muzykami doprowadził pianista Kuba Stankiewicz, który jako pierwszy zaprosił go do Polski. Wśród instrumentalistów znaleźli się również saksofonista Piotr Baron oraz perkusista Adam Czerwiński, a skład zespołu, który ostatecznie zarejestrował materiał, uzupełnił amerykański kontrabasista Harvie S, znany wcześniej jako Harvie Swartz.

Historia powstawania tego albumu zasługuje na osobną opowieść, ponieważ kryje się w niej piękne świadectwo artystycznej odpowiedzialności i szacunku do muzyki. Jak wspomina Adam Czerwiński w rozmowie z Wojciechem Pacułą, po pierwszej sesji nagraniowej Art Farmer wysłuchał zarejestrowanego materiału i uznał, że rezultat odbiega od jego oczekiwań. Był na tyle niezadowolony z własnego wykonania, że sprzeciwił się publikacji nagrań, proponując jednocześnie ponowny przyjazd do Polski na własny koszt. Chciał jeszcze raz wejść do studia, spotkać się z muzykami i zagrać tak, żeby móc z pełnym przekonaniem podpisać się pod efektem tej pracy. Słowa dotrzymał, a kolejna sesja przyniosła nagrania, które ostatecznie trafiły na płytę.

Warto zatrzymać się przy tej historii nieco dłużej. Człowiek mający za sobą dziesiątki znakomitych albumów, współpracę z największymi postaciami światowego jazzu i pozycję, której wielu artystów mogłoby mu pozazdrościć, postanowił ponownie podjąć wysiłek, ponieważ własna gra nie przyniosła mu pełnej satysfakcji. Miał wówczas niemal siedemdziesiąt lat, ogromne doświadczenie i wszystkie powody, by zaufać swojemu nazwisku, tymczasem wybrał powrót do studia i kolejną próbę. W takich decyzjach odsłania się prawdziwy stosunek artysty do własnej pracy. Gotowość do dalszych poszukiwań, potrzeba doskonalenia tego, co już wydaje się znakomite, i przekonanie, że muzyka zasługuje na całą uwagę, jaką potrafimy jej poświęcić.

Ta historia nadaje wrocławskim nagraniom dodatkowego znaczenia, a zarazem pozwala zrozumieć atmosferę, w której kształtowała się współpraca całej piątki.




Repertuar „Art in Wrocław” został ułożony z dużym wyczuciem dramaturgii. Osiem kompozycji, rozpiętych pomiędzy jazzowymi standardami a autorskimi utworami członków zespołu, tworzy przestrzeń dla różnych temperamentów i sposobów prowadzenia muzycznej narracji. Kameralność sąsiaduje tutaj z improwizacyjną swobodą, liryzm z żywiołowością, a indywidualne wypowiedzi instrumentalistów pozostają częścią większej, wspólnie budowanej opowieści.

Album otwiera „What's New”, ballada Boba Haggarta, której melodyczna elegancja doskonale odpowiada charakterowi gry Farmera. To kompozycja pozwalająca budować napięcie za pomocą subtelnych zmian barwy, frazowania i harmonii, dająca soliście możliwość spokojnego rozwijania własnej myśli. W tym wykonaniu saksofon Piotra Barona pozostaje jeszcze poza zespołem, dzięki czemu flumpet Farmera otrzymuje szczególnie dużo przestrzeni. W balladowej muzyce Farmera pięknie ujawnia się umiejętność zachowania równowagi pomiędzy emocjonalnością a elegancją. Melodia zyskuje znaczenie dzięki sposobowi, w jaki zostaje opowiedziana, a każda pauza staje się równie ważna jak dźwięki, które ją otaczają. To szczególny rodzaj muzycznej wrażliwości, wymagający od instrumentalisty ogromnej świadomości własnego brzmienia i umiejętności słuchania przestrzeni, którą sam tworzy.

Zupełnie inny charakter ma „Hard Farmer”, kompozycja Piotra Barona, w której muzyka nabiera zdecydowanego tempa i wyraźniejszej rytmicznej energii. Saksofonista otrzymuje pierwszą rozbudowaną wypowiedź improwizacyjną, po której do głosu dochodzą kolejno Farmer, Stankiewicz i Harvie S. Już sama konstrukcja utworu pokazuje, jak wiele miejsca pozostawiono poszczególnym muzykom na przedstawienie własnej osobowości. Zestawienie saksofonu Barona z brzmieniem flumpetu otwiera szczególnie interesujące możliwości. Obydwa instrumenty dysponują odmienną barwą, sposobem artykulacji i temperamentem, a ich spotkanie pozwala budować muzyczne napięcie za pomocą kontrastu. Ekspresyjna natura saksofonu wchodzi w dialog z charakterystyczną miękkością i melodyczną elegancją Farmera, dzięki czemu różnice pomiędzy instrumentalistami stają się źródłem inspiracji i wzajemnego dopełniania. Za całością stoi Adam Czerwiński, którego perkusja pełni znacznie bogatszą rolę niż samo podtrzymywanie rytmu. Jego doświadczenie, wyczucie formy i umiejętność reagowania na improwizacyjne pomysły pozostałych muzyków mają dla charakteru tej sesji ogromne znaczenie. Jazzowa perkusja potrafi przecież jednym akcentem otworzyć przed solistą zupełnie nową możliwość, delikatnie przesunąć środek ciężkości albo nadać rozwijającej się frazie dodatkowy impuls. W takiej muzycznej współpracy szczególnie dobrze widać, jak ważna jest uważność, wzajemne zaufanie i gotowość do podążania za pomysłami pozostałych instrumentalistów.

Ciekawą zmianę perspektywy przynosi „I Mean You” Theloniousa Monka. Jego kompozycje, pełne rytmicznych przesunięć, przewrotnej logiki melodii i harmonicznych niespodzianek, od lat stanowią znakomite pole do improwizacyjnych poszukiwań. Monk potrafił budować muzykę z pomysłów, które początkowo wydają się zaskakujące, a dopiero w szerszej perspektywie odsłaniają niezwykle przemyślaną konstrukcję. We wrocławskiej interpretacji uwagę zwraca już sam sposób rozłożenia partii solowych. Jako pierwszy własną przestrzeń otrzymuje Harvie S, po którym rozwijają swoje wypowiedzi Farmer, Baron i Stankiewicz. Rozpoczęcie improwizacyjnej części utworu od kontrabasu stanowi interesujące rozwiązanie, pozwalające spojrzeć na kompozycję od strony instrumentu zazwyczaj odpowiedzialnego za jej harmoniczny i rytmiczny fundament. Każdy kolejny solista może następnie wydobywać inne właściwości Monkowskiej struktury, dopowiadając własny fragment tej pełnej pomysłowości muzycznej rozmowy.

Jeszcze piękniej zmieniają się proporcje w „Deep in a Dream” Jimmy'ego Van Heusena, gdzie Farmer i Baron odkładają instrumenty, pozostawiając całą opowieść w rękach fortepianowego tria. Zmienia się perspektywa, sposób prowadzenia narracji, a na pierwszy plan wysuwa się kameralność spotkania trzech muzyków, którym do budowania emocji wystarczają fortepian, kontrabas i perkusja. Szczególną rolę odgrywa tutaj Harvie S, którego kontrabas otrzymuje przestrzeń do rozwinięcia własnej melodii, prowadząc dialog z fortepianem Stankiewicza i subtelnym rytmicznym wsparciem Czerwińskiego. Instrument basowy zostaje tym samym uwolniony od swojej podstawowej funkcji, stając się pełnoprawnym głosem muzycznej opowieści.

To rozwiązanie wiele mówi o artystycznej dojrzałości całego zespołu. Muzycy potrafią zmienić proporcje, ograniczyć obsadę i skoncentrować uwagę na innym sposobie opowiadania melodii, zachowując przy tym spójność całego albumu. Właśnie dzięki takim decyzjom „Art in Wrocław” nabiera charakteru wielowątkowej historii, w której poszczególne kompozycje prowadzą ze sobą dyskretny dialog.




Równie interesująca jest obecność w repertuarze utworów napisanych przez samych uczestników sesji. Obok „Hard Farmer” Barona znalazły się przecież „Artificial Thing” Kuby Stankiewicza oraz „No Walls” Harviego S. Ich włączenie do programu nadaje spotkaniu dodatkowego znaczenia, pozwalając muzykom zaprezentować także własne pomysły kompozytorskie.

„Artificial Thing” rozpoczyna wprowadzenie perkusji Adama Czerwińskiego, po którym rozwija się improwizacyjna narracja z udziałem Farmera, Barona i Stankiewicza. To interesujące odwrócenie zwyczajowych proporcji, ponieważ właśnie rytm otrzymuje możliwość zainicjowania muzycznej wypowiedzi, zanim dołączą do niego instrumenty melodyczne. Kompozycja staje się dzięki temu kolejnym przykładem zespołowego myślenia o muzyce, w którym każdy z instrumentalistów ma do odegrania własną, istotną rolę.

Jeszcze inną perspektywę przynosi utrzymane w metrum trójdzielnym „No Walls”, autorstwa Harviego S. Już sam tytuł wyjątkowo pięknie współgra z ideą jazzowego muzykowania. Przywołuje przestrzeń, swobodę i gotowość do przekraczania granic pomiędzy instrumentalistami o odmiennych doświadczeniach, temperamentach i sposobach wyrażania emocji. Ta zdolność do odnajdywania wspólnego języka, przy jednoczesnym zachowaniu indywidualności każdego z muzyków, wydaje się jedną z najcenniejszych cech wrocławskiego spotkania.

Przed finałem pojawia się jeszcze „My Shining Hour” Harolda Arlena, przynoszące powrót do żywiołowej, swingującej energii. Szczególnie ciekawie została pomyślana końcowa część kompozycji, w której Farmer wymienia krótkie frazy z Czerwińskim i Baronem. Improwizacja nabiera w takich momentach kształtu dzięki natychmiastowym reakcjom uczestniczących w niej muzyków, a każdy kolejny pomysł staje się zaproszeniem do rozwinięcia wspólnej myśli.

Na zakończenie albumu otrzymujemy jednak coś znacznie bardziej kameralnego.

„Alone Together” Arthura Schwartza to spotkanie Arta Farmera i Harviego S. Pozostają tylko flumpet i kontrabas, dwa instrumenty o odmiennych możliwościach, które przez ponad sześć minut prowadzą wspólną muzyczną rozmowę. W tym duecie szczególnego znaczenia nabiera wzajemna uważność. Każda fraza wymaga odpowiedzi, każde zawieszenie melodii pozostawia drugiemu instrumentaliście przestrzeń do rozwinięcia własnej myśli. Rozbudowane fragmenty równoczesnej improwizacji pozwalają obu głosom przenikać się, a jednocześnie zachowywać własną odrębność. To muzyka oparta na wyczuciu czasu, zaufaniu i umiejętności słuchania siebie nawzajem, wymagająca od obydwu instrumentalistów wyjątkowej świadomości wspólnie tworzonej formy.

Trudno wyobrazić sobie piękniejsze zakończenie tej historii. Po wszystkich zespołowych spotkaniach, rozbudowanych solówkach, rytmicznych rozmowach i kolejnych zmianach muzycznej perspektywy pozostają dwaj instrumentaliści, których porozumienie opiera się na prostych, a zarazem niezwykle wymagających zasadach wspólnego muzykowania.

Wrocławski materiał ukazał się pierwotnie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, doczekując się między innymi międzynarodowego wydania przez EmArcy w 1998 roku. Blisko trzy dekady później Adam Czerwiński postanowił ponownie sięgnąć po tamte nagrania i przygotować dla nich nową edycję pod szyldem własnej wytwórni AC Records.

Premiera winylowego wydania odbyła się 26 października 2024 roku. Materiał zremasterował Piotr Łukaszewski w gdańskim studiu Custom34, a przygotowanie matryc w technologii DMM powierzono Günterowi Paulerowi z niemieckiego Pauler Acoustics. Na uwagę zasługuje także sama historia techniczna nagrania, zarejestrowanego pierwotnie na analogowym magnetofonie wielośladowym, przy czym master przygotowano na cyfrowej taśmie DAT.

Nowa edycja otrzymała formę dwóch 180-gramowych krążków odtwarzanych z prędkością 45 obrotów na minutę. Pozwoliło to zachować wszystkie osiem kompozycji w oryginalnej kolejności, bez konieczności skracania programu, a jednocześnie przygotować wydawnictwo z myślą o wysokiej jakości reprodukcji dźwięku. Album ukazał się w limitowanym nakładzie tysiąca egzemplarzy, obejmującym 600 płyt na klasycznym czarnym i 400 na przezroczystym winylu.




Staranność, z jaką opracowano tę reedycję, wykracza jednak daleko poza kwestie techniczne. Wydawnictwo otrzymało piękną, rozkładaną okładkę, dopracowane koperty wewnętrzne oraz interesującą oprawę plastyczną, dzięki której kontakt z albumem staje się przyjemnością jeszcze przed rozpoczęciem odsłuchu.

Bo przecież obcowanie z płytą analogową zaczyna się znacznie wcześniej niż w chwili opuszczenia igły na jej powierzchnię. Jest moment wyjmowania albumu z koperty, pierwsze spojrzenie na okładkę, ciężar rozkładówki, faktura papieru, oglądanie fotografii i odnajdywanie szczegółów, które przy kolejnym spotkaniu potrafią zwrócić uwagę zupełnie inaczej. Ta mała ceremonia pozwala poświęcić muzyce więcej czasu i uważności, a samemu wydawnictwu nadaje wymiar znacznie wykraczający poza zapisane na krążkach dźwięki.

Oprawa graficzna przygotowana przez Kubę Karłowskiego zasługuje w tym miejscu na osobne słowa uznania, ponieważ stanowi znakomity przykład twórczej wyobraźni i umiejętności nadawania wydawnictwu muzycznemu wyrazistej, indywidualnej tożsamości.

Na froncie okładki pojawia się surowa, nieco tajemnicza przestrzeń o industrialnym charakterze, z fragmentami architektury, przedmiotami i postaciami tworzącymi osobliwą, niemal teatralną scenę. Monumentalna typografia współistnieje z delikatniejszymi elementami kompozycji, a stonowane szarości, przygaszone biele i ślady czerwieni budują atmosferę mającą w sobie zarówno elegancję, jak i zaskakującą malarskość. Uwagę przyciąga niezwykła naturalność, z jaką Karłowski łączy pozornie odległe estetyki, pozwalając fotografii, ilustracji i typografii prowadzić ze sobą fascynującą rozmowę. Całość dopełnia efektowne obi, nawiązujące do tradycji japońskich wydań płytowych.




Prawdziwa niespodzianka czeka jednak wewnątrz rozkładówki, której przestrzeń wypełniają fantastyczne, nieco groteskowe postacie o wydłużonych sylwetkach, osobliwych twarzach i niezwykłych nakryciach głowy. Jest w nich mnóstwo przewrotnego humoru, ujmującego wdzięku i czułości wobec świata istot przedziwnych, trochę niezdarnych, a przy tym niesłychanie sympatycznych. Każda ma własną osobowość, własną historię, a może nawet własną melodię, której możemy się jedynie domyślać. Ich obecność przywołuje skojarzenia z dawnymi ilustracjami książkowymi, teatrem lalek i światem wyobraźni, w którym najzwyklejsze kształty potrafią nabierać zupełnie nowych znaczeń.

Kreska Karłowskiego jest wyrazista, niezwykle plastyczna, pełna energii, fantazji i finezyjnych detali, dzięki którym każda z postaci zyskuje niepowtarzalny charakter. Przyglądanie się tym rysunkom sprawia prawdziwą przyjemność, a im dłużej zatrzymujemy na nich wzrok, tym więcej odkrywamy drobiazgów świadczących o wrażliwości i wyobraźni ich autora. Zestawione obok siebie sylwetki tworzą niemal teatralny pochód, galerię niezwykłych osobowości, które jakimś przedziwnym trafem znalazły się w jednym miejscu i postanowiły przez chwilę pobyć razem. Nietrudno dostrzec w tym pewną analogię do jazzowego zespołu, w którym indywidualność każdego z muzyków staje się częścią wspólnej kompozycji.

Całość zachwyca pomysłowością i konsekwencją artystyczną. Od monumentalnej typografii i industrialnego pejzażu na froncie, poprzez pełne fantazji ilustracje wewnątrz, aż po starannie opracowane koperty, wszystko tworzy niezwykle charakterystyczną oprawę, pozostającą z muzyką Farmera w interesującej relacji. Chwilami kontrastuje z jej elegancją, kiedy indziej odpowiada jej swobodą, wdziękiem i wyobraźnią, pozwalając spojrzeć na historyczne nagranie z zupełnie nowej perspektywy.




W czasach, kiedy muzyka coraz częściej dociera do nas jako niewielka miniatura wyświetlana na ekranie telefonu, kontakt z tak starannie opracowanym albumem przypomina, jak ważną częścią historii fonografii pozostaje sztuka projektowania okładek. Dobrze zaprojektowana płyta potrafi przecież poruszać wyobraźnię jeszcze przed rozpoczęciem odsłuchu, a po wybrzmieniu ostatniej kompozycji zachęcić, żeby pozostać z nią odrobinę dłużej.

Historia „Art in Wrocław” pięknie łączy dwie odległe od siebie chwile. Pierwsza należy do muzyków, którzy w 1997 roku weszli do radiowego studia, żeby pozostawić po sobie zapis spotkania, muzycznej przyjaźni i wspólnego poszukiwania najlepszego możliwego brzmienia. Druga rozpoczęła się niemal trzy dekady później, kiedy Adam Czerwiński postanowił przywrócić tamtym nagraniom nową postać, powierzając je ludziom, których wiedza, doświadczenie i artystyczna wrażliwość pozwoliły otoczyć je wyjątkowo staranną opieką.

Warto przy tej okazji ponownie przywołać Arta Farmera i jego decyzję o powtórnym przyjeździe do Polski. Kryje się w niej znacznie więcej niż zawodowy perfekcjonizm. Piękny szacunek do muzyki, do ludzi, z którymi przyszło mu ją tworzyć, a także świadomość, że zapisany dźwięk pozostanie na długo, być może nawet na zawsze. Farmer chciał, żeby można było do niego wracać z przyjemnością i przekonaniem, że otrzymaliśmy od niego wszystko, co miał najlepszego do ofiarowania.

Innym, równie pięknym rodzajem powrotu stała się decyzja Adama Czerwińskiego, który po latach postanowił ponownie otworzyć tamtą muzyczną historię. Zadbał o brzmienie nagrań, formę wydawniczą i ludzi, których zaprosił do współpracy, dzięki czemu materiał sprzed niemal trzydziestu lat otrzymał nową, niezwykle staranną oprawę. Wrocławska sesja i jej współczesne wydanie dopełniają się pod tym względem wyjątkowo pięknie. Dzielą je lata, doświadczenia i odmienne okoliczności, a jednak łączy ta sama troska o ostateczny kształt dzieła.

Przyglądając się fantazyjnym bohaterom rozkładówki, można pomyśleć o wszystkich spotkaniach, z których rodzi się sztuka. O tym, jak wiele zależy od czyjejś wrażliwości, uważności, pomysłowości i gotowości do poświęcenia własnej pracy tyle czasu, ile rzeczywiście potrzebuje. Muzyka Arta Farmera i jego wrocławskich towarzyszy ma dzisiaj za sobą niezwykłą podróż, której kolejny rozdział zapisano w dwóch pięknych winylowych krążkach.

A kiedy zamknie się już rozkładówkę i ostrożnie wsunie obie płyty do kopert, pozostaje jeszcze przyjemna świadomość, że ta opowieść wcale się nie kończy. W każdej chwili można przecież ponownie otworzyć album, odnaleźć wzrokiem jedną z fantazyjnych postaci zamieszkujących rozkładówkę, przyjrzeć się jej uważniej i położyć pierwszy krążek na talerzu gramofonu.

Muzyka znowu ma przed sobą cały wieczór.


Marta Górska



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz