poniedziałek, 12 października 2026

Stanisław Biernatt: 125 dykteryjek morskich oraz dowcipy rysunkowe Eustachego Karłowskiego (Wydawnictwo Morskie, Gdynia, 1960 r.)



Kilka tygodni temu zatrzymał mnie linoryt "Trawler na pochylni". Dziś jadę pociągiem z książką sprzed kilkudziesięciu lat na kolanach i odkrywam zupełnie inne oblicze jego autora. Eustachy Lech Karłowski prowadzi mnie tym razem przez morze, porty, ludzkie słabości i humor zamknięty w kilku kreskach. A ja coraz mocniej podejrzewam, że tamten trawler, choć stał jeszcze na pochylni, już wtedy szykował się do drogi.



Czasem wystarczy okładka. Jedno zdjęcie. Kilkusekundowy kadr człowieka albo dzieła, żeby wyobraźnia zdążyła dopowiedzieć sobie całą resztę. A wyobraźnia jest bardzo nieuczciwym recenzentem rzeczywistości. Rzadko pracuje wyłącznie na tym, co widzi. Dokłada własne doświadczenia, pragnienia, zachwyty i marzenia, aż granica pomiędzy tym, co naprawdę zobaczyliśmy, a tym, co stworzyliśmy sami, staje się zaskakująco cienka.




Mając wyobraźnię, która zdecydowanie rzadko zadowala się wersją podstawową, nauczyłam się brać na nią poprawkę. Zostawiać odrobinę miejsca na moment, w którym obraz spotka się z całością, człowiek wyjdzie poza kadr, a dzieło odsłoni to, czego wcześniej zwyczajnie nie mogłam zobaczyć. Tym bardziej cenię chwile, w których rzeczywistość robi coś znacznie piękniejszego. Nie tylko wytrzymuje konfrontację z tym, co wcześniej zdążyłam sobie wymyślić, ale okazuje się bogatsza, piękniejsza i bardziej fascynująca od wszystkiego, czego zdążyłam się po niej spodziewać. Lubię takie "rozczarowania"...




Kilka tygodni temu pisałam na Babskim Uchem o "Trawlerze na pochylni" Eustachego Lecha Karłowskiego. O linorycie, w którym ciężar ogromnego kadłuba spotyka się z precyzją kreski, światłem, wodą i gęstą geometrią stoczniowych konstrukcji. Patrząc na niego, próbowałam zbliżyć się do sposobu widzenia artysty, który z technicznego pejzażu potrafił wydobyć rytm, ruch i niezwykłe piękno. Wtedy poznałam Karłowskiego monumentalnego. Czerń była u niego materią, biel otwierała przestrzeń, a potężny trawler tkwił jeszcze na pochylni, choć od początku miałam wrażenie, że cała kompozycja jest już pełna ruchu, który za chwilę musi nastąpić.

Potem dowiedziałam się o niewielkiej książce Stanisława Bernatta "125 dykteryjek morskich", bogato ilustrowanej przez Eustachego Lecha Karłowskiego. 

I nagle pojawił się drugi Karłowski.




Dowcipny, lekki, przewrotny, obdarzony znakomitym zmysłem obserwacji. Posługujący się już nie monumentalną czernią linorytu, lecz rysunkowym skrótem, puentą i kreską, której czasem wystarcza kilka ruchów, żeby opowiedzieć całą historię. Można więc sobie wyobrazić, jak wysoko natychmiast powędrowały moje oczekiwania. Powiedzieć, że się nie zawiodłam, byłoby powiedzieć właściwie nic.

Piszę te słowa w pociągu. Za oknem przesuwa się mój własny, współczesny świat, a ja odbywam równocześnie zupełnie inną podróż. Wystarczy otworzyć pożółkłe kartki książki, żeby znaleźć się w rzeczywistości portów, statków, marynarskich opowieści i humoru należącego do świata, który zdążył już odejść.



W pociągu tę książkę czyta się wyjątkowo dobrze. Bo ona sama jest podróżą. Nie tylko przez morza i porty. Przede wszystkim przez czas. "125 dykteryjek morskich" jest książką mocno zakorzenioną w swojej epoce. Zmienił się język, obyczajowość, sposób opowiadania dowcipów, nasze wyczulenie na ich znaczenia. Ta odległość sprawia jednak, że czytam ją również jak niewielki dokument świata, który kiedyś był współczesnością.




Najbardziej fascynują mnie rysunki. Eustachy Lech Karłowski potrzebuje zadziwiająco niewiele. Kilka kresek. Czarna plama. Charakterystyczny profil. Czapka, fajka, gest dłoni, zarys pokładu, relingu czy masztu. I nagle człowiek ma charakter, sytuacja własne napięcie, a dowcip — jeszcze zanim dotrzemy do jego puenty — zaczyna rozgrywać się także na papierze.

Ilustracje Karłowskiego rzadko ograniczają się do powtórzenia tego, co zostało napisane. Towarzyszą tekstowi, komentują go, czasem podbijają jego absurd, czasem dopowiadają coś własnego. Słowo i obraz prowadzą tu rozmowę.




I właśnie w tym miejscu po raz drugi spotykam autora "Trawlera na pochylni".

Na pierwszy rzut oka trudno o większą odległość. Tam — monumentalny kadłub, ciężar czerni, geometria pochylni i stoczni. Tutaj — lekkość, skrót, karykatura, humor. Im dłużej oglądam te rysunki, tym wyraźniej widzę jednak tę samą inteligencję ręki i oka. Umiejętność odrzucenia wszystkiego, co zbędne. Wyczucie czerni i bieli. Świadomość, że jedna właściwie postawiona linia może znaczyć więcej niż dziesięć innych. A przede wszystkim — obserwację. Bo żeby dobrze narysować dowcip, trzeba najpierw znakomicie zobaczyć człowieka.

Szczególnie zatrzymał mnie jeden z rysunków. Mężczyzna siedzi na ławce obok kobiety zasłoniętej gazetą. Widzi fragment sylwetki, nogi, włosy i całą resztę natychmiast dopowiada sobie sam. Nad jego głową pojawia się już kobieta stworzona nie z tego, co naprawdę zobaczył, lecz z tego, co zapragnął zobaczyć. Chwilę później gazeta opada. Rzeczywistość dokonuje korekty.




To niewielki żart, ale zatrzymał mnie na dłużej, ponieważ pod całą swoją lekkością mówi coś bardzo prawdziwego o patrzeniu. Jak niewiele czasem potrzebujemy, żeby z fragmentu zbudować całość. Jak wiele własnego świata potrafimy umieścić w tym, czego jeszcze nie wiemy. Jak łatwo spojrzeć na okładkę i uwierzyć, że znamy książkę. Na zdjęcie i uwierzyć, że znamy człowieka. Na jedną pracę i pomyśleć, że poznaliśmy artystę. 

Dlatego tak bardzo lubię sytuację odwrotną. Kiedy gazeta opada, a rzeczywistość okazuje się jeszcze piękniejsza od tego, co zdążyła wymyślić wyobraźnia. Wtedy pozostaje już tylko patrzeć uważniej. I właśnie uważność coraz mocniej kojarzy mi się z Eustachym Lechem Karłowskim.

Kilka tygodni temu "Trawler na pochylni" pozwolił mi zobaczyć artystę operującego ciężarem, konstrukcją, czernią i światłem. Wydawało mi się wtedy, że zobaczyłam już całkiem sporo. Dzisiaj widzę, jak niewiele jeszcze widziałam.

"125 dykteryjek morskich" otworzyło przede mną zupełnie inną stronę jego twórczości.




Karłowski potrafi być tutaj jednocześnie ilustratorem i komentatorem. Jego kreska ma poczucie humoru, ale zachowuje dyscyplinę. Karykatura deformuje, lecz robi to celnie. Najważniejsza cecha postaci zostaje wychwycona i podana w skrócie tak oszczędnym, że czasem aż trudno uwierzyć, jak niewiele było potrzeba. I właśnie dlatego tak fascynujące jest dla mnie zestawienie tych rysunków z "Trawlerem na pochylni".

Jedna ręka potrafiła stworzyć monumentalny, niemal architektoniczny świat czerni i bieli, a później kilkoma lekkimi ruchami kreski uchwycić komizm ludzkiej sytuacji. To dwa różne rodzaje graficznej inteligencji. W pierwszym Karłowski buduje. W drugim puentuje. W obu doskonale wie, kiedy przestać. I właśnie ta ostatnia umiejętność wydaje mi się jedną z najtrudniejszych.

Historia tej kreski ma jeszcze jeden piękny ciąg dalszy.

Syn Eustachego Lecha Karłowskiego, Kuba Karłowski, jest cenionym artystą grafikiem, od lat związanym między innymi ze światem muzyki. Odpowiada za pełne opracowania graficzne albumów prestiżowej wytwórni AC Records, a także wydawnictw polsko-norweskiej grupy Loud Jazz Band. Współpracuje również z Akademią Muzyczną im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku; wśród efektów tej współpracy znajdują się znakomicie opracowane wydawnictwa poświęcone doktorom honoris causa uczelni — Włodzimierzowi Nahornemu i Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu, oba z 2023 roku.

Trudno, patrząc na prace obu artystów, nie pomyśleć o pewnej pięknej ciągłości. Ojciec zamykał w obrazie morze, port, człowieka i opowieść. Syn po latach nadaje obraz muzyce. Ich języki graficzne są własne i osobne, dlatego najbardziej fascynuje mnie coś ukrytego głębiej niż podobieństwo kreski: przekonanie, że obraz nie jest dekoracją dla tego, co ma opowiedzieć.

Sam opowiada.




Wracam do książki. Do marynarzy, statków, portów, fajek, pokładów, sytuacji zamkniętych w kilku zdaniach i kilku kreskach. Do papieru, który przez wszystkie te lata nabrał ciepłego odcienia, i do rysunków, które mimo upływu czasu wciąż potrafią zrobić dokładnie to, czego oczekuje się od dobrej ilustracji: zatrzymać wzrok.

Pociąg jedzie dalej. Za szybą zmieniają się miasta, drzewa, stacje i ludzie, a książka leżąca na moich kolanach otwiera zupełnie inną przestrzeń. Przez chwilę jadę jednocześnie po współczesnych torach i przez świat sprzed wielu dziesięcioleci.




I myślę znowu o Trawlerze.

Kiedy kilka tygodni temu po raz pierwszy naprawdę długo patrzyłam na linoryt, towarzyszyło mi dziwne, trudne do uchwycenia wrażenie. Wiedziałam, że stoi. Widziałam pochylnię, podpory, potężny kadłub jeszcze związany ze stocznią. A jednak coś w tej grafice nie pozwalało mi uwierzyć w jego bezruch. Jakby pomiędzy wszystkimi tymi czerniami i liniami ukryte było napięcie chwili tuż przed wyruszeniem.

Dziś wiem, że dobrze je wtedy poczułam. Trawler ruszył. Tyle że zupełnie inaczej, niż mogłam się spodziewać. Zamiast w morze zabrał mnie między pożółkłe kartki starej książki, do marynarzy, portów, statków, żartów i kilku kresek, z których Eustachy Lech Karłowski potrafił zbudować cały świat. A stamtąd jeszcze dalej — w kolejne miejsca jego wyobraźni, których istnienia wcześniej nawet nie przeczuwałam.

I płynę nim dalej. Z coraz większym zachwytem odkrywając, że "Trawler na pochylni", w który tak długo się wpatrywałam, naprawdę okazał się dla mnie początkiem podróży. I już teraz wiem, że jest to jedna z najciekawszych podróży po świecie, jakie przyszło mi odbyć.






Marta Górska



Więcej o Eustachym Lechu Karłowskim oraz o linorycie "Trawler na pochylni":




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz