poniedziałek, 12 października 2026

Takeshi Asai: Quartet Vol. II (Fono Bono, 20.11.2026)


Takeshi Asai od lat porusza się własną muzyczną drogą, z ciekawością sprawdzając kolejne składy, brzmienia i sposoby opowiadania dźwiękiem. Na „Quartet Vol. II” szczególnie ważna staje się rozmowa – między czterema muzykami, między tradycją a tym, co dopiero chce się wydarzyć, i między własnym głosem a uważnością na to, co właśnie powiedział ktoś obok. To album o rozwoju, który wyrasta ze słuchania.


Przed udostępnieniem mi „Quartet Vol. II” Takeshi Asai napisał, że ten album jest dla niego czymś wyraźnie innym od wcześniejszych wydawnictw. Nazwał go naturalnym etapem rozwoju, wspomniał też, że część dotychczasowych słuchaczy może poczuć zaskoczenie, a muzyka być może znajdzie dzięki temu nowych odbiorców.

Takie słowa przed premierą własnej płyty budzą ciekawość. Szczególnie kiedy wypowiada je artysta, którego muzyczną drogę obserwuje się od wielu lat i który wyjątkowo chętnie sprawdza swoje pomysły w rozmaitych konfiguracjach – od fortepianu solo, przez duety i tria, po projekty elektryczne i większe składy.

Sam Takeshi mówił mi kiedyś, że słyszy muzykę w wielu formatach jednocześnie. Fortepian solo, zespół kameralny, elektronika – każda z tych przestrzeni może prowadzić go gdzie indziej. Właściwie już samo to bardzo dobrze tłumaczy jego obszerną i różnorodną dyskografię. Tym razem w centrum znajduje się kwartet.

„Quartet Vol. II” nagrano w składzie: Hashem Assadullahi – saksofon altowy, Takeshi Asai – fortepian, Mark Wade – kontrabas oraz John Clay – perkusja. Album zawiera osiem utworów i trwa ponad 56 minut. Sześć kompozycji napisał Asai, dwie – „Eve’s Door” oraz „Mr. Bones” – Assadullahi. Materiał zarejestrowano 8 i 9 lipca 2026 roku w nowojorskim DTC Recording Studio, a premierę zaplanowano na 20 listopada.

Warto zatrzymać się też na moment przy okładce. Cztery sylwetki muzyków rozpadają się na kubistyczne płaszczyzny, a fortepian, kontrabas, saksofon i perkusja niemal wrastają w ich postaci. Każdy zachowuje własny kształt, a jednocześnie wszystkie elementy potrzebują siebie nawzajem, żeby stworzyć pełny obraz. Trudno o lepszą wizualną zapowiedź albumu, którego najważniejszym słowem okaże się za chwilę „kwartet”.

I właśnie słowo kwartet wydaje mi się tutaj szczególnie ciekawe. Przed laty, podczas jednej z naszych rozmów dla magazynu muzyk.net, Takeshi opowiadał mi o rzeczy, która znacząco zmieniła jego podejście do wspólnego grania. Było nią słuchanie. Mówił wtedy o wsłuchiwaniu się w linię basu, brzmienie partnera czy pojawiającą się obok frazę i budowaniu własnych pomysłów z tego, co wcześniej zaproponowali inni muzycy. Zauważał, że właśnie wtedy zespół staje się bardziej zwarty, a publiczność mocniej wchodzi w muzykę. Po kilku latach ta wypowiedź nabiera szczególnego znaczenia właśnie przy drugim albumie jego kwartetu.

Pierwszy „Quartet” ukazał się w 2024 roku. Obok Asai i Assadullahiego grali wówczas Bob Gingery na kontrabasie i Brian Woodruff na perkusji. Na „Vol. II” sekcję rytmiczną tworzą Mark Wade i John Clay. Zmieniają się również proporcje autorskie materiału – sześć utworów podpisuje Takeshi, dwa Hashem Assadullahi. Drugi album staje się więc kolejnym etapem tego samego kwartetowego pomysłu, a zarazem spotkaniem czterech osobowości w nowej konfiguracji.

I słuchając całości, rzeczywiście czuje się, że Takeshi zadbał o zróżnicowanie przebiegu płyty. Osiem kompozycji ma różną długość i ciężar, a ich zestawienie sprawia, że album raz nabiera energii, raz zostawia więcej przestrzeni i oddechu. Szczególnie środkowa część programu układa się w ciekawą zmianę temperatur: od bardziej zwartego „Discrepancy”, przez stopniowo rozwijające się „Eve’s Door”, po wyraźnie spokojniejsze „Fictious” i „Fillet Mignon”, który z oszczędniejszego początku nabiera z czasem coraz większej energii.

Otwierający płytę „C Blues” już tytułem odsyła do jednego z najbardziej podstawowych języków jazzu. Podoba mi się sam pomysł rozpoczęcia albumu, który Takeshi określa jako kolejny etap rozwoju, właśnie od bluesowego punktu odniesienia. Przeszłość i dalsza droga pojawiają się tu obok siebie od pierwszej pozycji programu.

Znacznie bardziej zwarty „Discrepancy” Takeshi dedykuje Theloniousowi Monkowi. Ta informacja natychmiast zmienia perspektywę. Monk stworzył przecież jeden z najbardziej osobnych i natychmiast rozpoznawalnych języków w historii jazzu. Tutaj jego nazwisko pojawia się jako świadomie wskazany punkt odniesienia, a sam „Discrepancy” jest zarazem najkrótszym i jednym z bardziej ruchliwych fragmentów albumu. Już tytuł – „rozbieżność”, „niezgodność” – świetnie współgra z postacią Monka i jego zamiłowaniem do muzyki chodzącej czasem trochę własnymi ścieżkami. Dalej niż ta obserwacja nie trzeba właściwie iść, bo sama dedykacja mówi wystarczająco dużo.

Po nim przychodzi „Eve’s Door”, pierwsza z dwóch kompozycji Hashema Assadullahiego. To bardzo ciekawy moment programu również dlatego, że zmienia się autor muzyki. Utwór zaczyna się bardziej powściągliwie, a w kolejnych minutach wyraźnie nabiera dynamiki i ciężaru. Dzięki temu otwiera przed kwartetem większą przestrzeń i sprawia, że płyta po krótszym „Discrepancy” znowu szerzej się rozwija.

„Fictious” przynosi jeszcze inną temperaturę. To jeden z najbardziej wyciszonych fragmentów całego zestawu – spokojniejszy, oszczędniejszy, pozostawiający więcej miejsca między kolejnymi zdarzeniami. Właśnie dzięki takim momentom „Quartet Vol. II” dobrze działa jako całość: Takeshi nie buduje godziny muzyki na jednym poziomie intensywności, tylko pozwala jej oddychać.

Z tej ciszej zarysowanej przestrzeni bardzo naturalnie wyrasta „Fillet Mignon”. To chyba jeden z najbardziej czytelnych łuków dynamicznych na płycie. Początek jest znacznie spokojniejszy, później utwór stopniowo nabiera masy i rozpędu, aż końcowa część ma już zupełnie inną energię niż pierwsze minuty. Sam tytuł pozostaje przy tym cudownie Takeshiowy. Trochę elegancji, trochę humoru i natychmiast pojawiające się pytanie, dlaczego właściwie właśnie polędwica. Przypomina mi to, że świat inspiracji Takeshiego zawsze był znacznie szerszy niż sama muzyka.

Druga kompozycja Assadullahiego, „Mr. Bones”, pojawia się jako szósta pozycja. Dzięki rozmieszczeniu jego dwóch utworów w różnych częściach albumu drugi kompozytorski głos towarzyszy całej płycie, zamiast pojawiać się w jednym wydzielonym fragmencie. To drobny zabieg, ale dobrze pasuje do samej idei kwartetu jako spotkania kilku osobowości.

Przy „O’new” pojawia się natomiast szczególnie ciekawa historia. To utwór znacznie starszy od pozostałej części programu. Takeshi nagrał go już na „New York Trio, Vol. 1”, a kilka lat później powrócił do niego również w wersji solowej. Teraz, po kilkunastu latach, kompozycja dostaje kolejne życie – tym razem w kwartecie. Takie powroty są dla mnie bardzo ciekawe. Kompozycja pozostaje ta sama, ale człowiek, który do niej wraca, ma za sobą kilkanaście kolejnych lat grania, komponowania, spotkań i doświadczeń. Do tego dochodzą nowi partnerzy. To trochę jak ponowne otwarcie książki, którą znało się kiedyś niemal na pamięć, i nagłe odkrycie w niej zdań, których wcześniej się nie zauważało.

Na sam koniec Takeshi zostawia najwięcej przestrzeni. „The White Daisy Loves You More” trwa ponad dwanaście minut i wyraźnie wyrasta ponad pozostałe kompozycje rozmiarem. Już samo umieszczenie najdłuższego utworu na końcu nadaje mu szczególny ciężar. Po siedmiu wcześniejszych częściach dostajemy finał, który może rozwijać się bez pośpiechu i zamyka album znacznie szerszą formą. A sam tytuł? „The White Daisy Loves You More”... Ma w sobie coś zupełnie innego od „C Blues”, „Discrepancy” czy „Fillet Mignon”. Jest miękki, niemal poetycki, trochę tajemniczy. I kiedy spojrzeć na wszystkie tytuły razem, powstaje przedziwna, bardzo Takeshiowa kolekcja skojarzeń. Blues spotyka rozbieżność, drzwi Ewy prowadzą do „Fictious”, pojawia się polędwica, pan Bones, stary znajomy „O’new”, a wszystko kończy biała stokrotka, która „kocha cię bardziej”.

Przypomniała mi się przy tym jeszcze jedna nasza dawna rozmowa. Podczas jednego w moich wywiadów sprzed lat, Takeshi powiedział: „Zanim zostaniesz pianistą, musisz być muzykiem; zanim zostaniesz muzykiem, musisz być artystą”. Opowiadał o fotografii, gotowaniu, ogrodnictwie, technice nagraniowej i odnajdywaniu piękna w różnych obszarach życia. Wszystkie te pozornie odległe aktywności mieściły się dla niego pod jednym wspólnym hasłem: piękno. To chyba jeden z powodów, dla których przez lata tak ciekawie obserwowało mi się jego kolejne projekty. 

Takeshi zostawia sobie wyjątkowo szerokie pole działania. Jego dyskografia pokazuje pianistę zainteresowanego różnymi składami, stylistykami i sposobami organizowania muzyki. W tamtej samej rozmowie mówił, że słyszy jednocześnie fortepian solo, zespół kameralny i muzykę elektryczną, dlatego chce nagrywać w wielu konfiguracjach. „Quartet Vol. II” jest kolejną z nich, ale sam artysta wyraźnie nadaje tej płycie znaczenie większe niż kolejnej pozycji w katalogu. W rozmowie przed premierą, Takeshi użył sformułowania „natural course of development” – naturalny bieg rozwoju. I im dłużej myślę o tym albumie, tym bardziej podoba mi się właśnie słowo „naturalny”.

Takeshi od lat szuka nowych konfiguracji, nowych partnerów i nowych sposobów rozwijania swoich pomysłów. Jednocześnie w jego opowieści o muzyce powracają te same punkty: ciekawość, piękno, komunikacja i słuchanie. Zmieniają się składy, powstają kolejne kompozycje, pojawiają się nowe doświadczenia, a pod spodem pozostaje ta sama potrzeba porozumienia. Sam nazwał kiedyś muzykę najpotężniejszą lingua franca – językiem pozwalającym przekraczać bariery znacznie skuteczniej niż słowa. „Quartet Vol. II” bardzo dobrze wpisuje się w takie myślenie. Czterech muzyków, osiem kompozycji, dwóch autorów i prawie godzina przestrzeni, w której spotykają się różne doświadczenia. Album potrafi być zwarty i ruchliwy, po chwili wyciszyć się niemal do balladowego skupienia, później stopniowo odzyskać energię i na końcu rozciągnąć opowieść do ponad dwunastu minut.

Kilka lat temu pisałam o Takeshim jak o muzycznym czarodzieju. Dzisiaj myślę, że czary wciąż działają, tylko trochę inaczej. Może właśnie na tym polega najciekawszy rodzaj artystycznego rozwoju – że po latach wciąż rozpoznaje się człowieka po kilku gestach, a jednocześnie za każdym razem można znaleźć w jego muzyce drzwi prowadzące do kolejnego pokoju.

Takeshi nadal szuka. Nadal jest ciekawy. Nadal potrafi połączyć Monka, blues, „Fillet Mignon” i białą stokrotkę w jednym muzycznym świecie tak, że ostatecznie wszystko znajduje w nim swoje miejsce. A gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi dźwiękami pozostaje rzecz, o której mówił mi przed laty. Słuchanie. Bo czasem najpiękniejsza odpowiedź w muzyce zaczyna się właśnie od tego, że najpierw naprawdę usłyszy się, co powiedział ktoś obok.

Marta Górska



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz