Dzisiaj premiera płyty, którą miałam szczęście usłyszeć dwa dni wcześniej w jej najbardziej żywej postaci. W gdyńskim Blues Clubie Gilad Atzmon, Piotr Lemańczyk i Adam Golicki pokazali, jak wiele może wydarzyć się pomiędzy trzema muzykami, którzy naprawdę potrafią siebie słuchać. Between The Vistula And The Hudson od dzisiaj płynie już własnym nurtem.
Between The Vistula And The Hudson – album Gilada Atzmona, Piotra Lemańczyka i Adama Golickiego, firmowany jako ALG Trio – należy już do odbiorców.
Ja miałam szczęście usłyszeć jego najpiękniejszą zapowiedź dwa dni przed premierą.
9 września w gdyńskim Blues Clubie muzycy zagrali koncert, po którym trudno byłoby wymyślić lepsze wprowadzenie do tej płyty. Zrobili wszystko sami: saksofonem i klarnetem Gilada Atzmona, kontrabasem Piotra Lemańczyka, perkusją Adama Golickiego. Spojrzeniami wymienianymi ponad instrumentami, muzycznymi myślami podejmowanymi przez kolejnego z nich, energią, która bardzo szybko wyszła poza scenę.
W listopadzie ubiegłego roku słuchałam tego samego tria w sopockim Teatrze BOTO. Pisałam wtedy na Babskim Uchu o spotkaniu trzech osobowości i trzech muzycznych światów połączonych wspólnym pulsem.
Minęło dziesięć miesięcy i znów siedziałam kilka metrów od nich.
Ten sam skład, część melodii już znajoma, a jednak zupełnie inne odczucie.
W Sopocie mocno słyszałam trzech indywidualistów. W Gdyni najmocniej słyszałam zespół.
DWIE RZEKI
Between The Vistula And The Hudson.
Sam tytuł już coś opowiada.
Wisła i Hudson. Europa i Nowy Jork. Własne muzyczne doświadczenia i jazzowa tradycja, do której każdy z tej trójki przychodzi własną drogą.
Muzycy przy opisie albumu odwołują się właśnie do tych dwóch rzek. Hudson prowadzi ku Nowemu Jorkowi i amerykańskiemu jazzowi. Wisła jest znacznie bliżej ich własnej historii – Piotra Lemańczyka i Adama Golickiego, ale również rodzinnych korzeni Gilada Atzmona.
Na papierze brzmi to jak piękna metafora.
W Blues Clubie miała swoje bardzo konkretne brzmienie.
Muzyka raz płynęła szeroko i spokojnie, za chwilę nabierała rozpędu. Jeden instrument zaczynał myśl, drugi natychmiast ją przejmował, trzeci zmieniał jej kierunek. Delikatność potrafiła w ciągu kilku chwil przejść w potężną energię, a po bardzo intensywnym fragmencie przychodziło wyciszenie.
Najbardziej fascynowały mnie momenty, kiedy właściwie przestawało mieć znaczenie, kto pierwszy coś zaproponował. Odpowiedź pojawiała się natychmiast i muzyka toczyła się dalej.
Przez ostatnie miesiące Atzmon, Lemańczyk i Golicki dużo razem koncertowali.
To słychać.
TRZY GŁOSY, JEDEN ZESPÓŁ
Gilad Atzmon na scenie jest żywiołem. Potrafi zacząć miękko, melodyjnie, niemal śpiewnie, a po chwili doprowadzić muzykę do bardzo mocnej kulminacji. Gra całym ciałem, odchyla się z saksofonem, rozpędza frazę i pociąga za sobą pozostałych. Za moment zmienia nastrój kilkoma spokojniejszymi dźwiękami.
Bardzo lubię patrzeć na muzyków podczas grania. Obserwować ich ręce, twarze, spojrzenia. Wyłapywać moment, w którym ktoś odpowiada na pomysł drugiego, uśmiecha się po jego zagraniu albo czeka uważnie na swoje miejsce.
W Gdyni tych drobnych scenicznych rozmów było mnóstwo.
Atzmon i Piotr Lemańczyk kilkakrotnie zbliżali się do siebie niemal instrumentami. Saksofon pochylał się w stronę kontrabasu, Lemańczyk słuchał, odpowiadał i po chwili role znowu się zmieniały.
Wyglądało to pięknie.
Muzyczna rozmowa przestawała być określeniem używanym w recenzjach. Naprawdę można ją było usłyszeć i zobaczyć.
Piotra Lemańczyka słuchałam tego wieczoru z ogromną przyjemnością. Jego kontrabas raz mocno osadzał całość, innym razem komentował to, co działo się obok, odpowiadał saksofonowi, prowokował kolejną odpowiedź albo sam wychodził naprzód.
Bardzo lubię tę swobodę w jego grze. Ogromne umiejętności są oczywiste, ale podczas słuchania znacznie ciekawsze staje się to, co z nimi robi. Jak buduje frazę. Jak reaguje. Jak potrafi poczekać. Jak kilkoma dźwiękami zmienia ciężar całego fragmentu.
Lemańczyk bardzo uważnie słucha ludzi, z którymi gra. To widać nawet wtedy, kiedy sam przez chwilę pozostaje bardziej z boku.
A potem wchodzi kontrabas i wszystko ustawia się trochę inaczej.
Adam Golicki trzyma tę muzykę w nieustannym ruchu. Z ogromnym wyczuciem potrafi zostawić przestrzeń, a chwilę później jednym mocniejszym wejściem podnieść temperaturę całego utworu. Czasami jego gra pracuje niemal pod powierzchnią, innym razem perkusja staje się impulsem do następnego zwrotu.
Patrząc na nich razem, miałam przede wszystkim poczucie ogromnej swobody.
Oni po prostu świetnie czują się ze sobą w muzyce.
I ta przyjemność grania bardzo szybko udziela się ludziom siedzącym po drugiej stronie sceny.
ZNAJOME MELODIE, INNY WIECZÓR
W programie wróciło kilka melodii, które pamiętałam już z listopadowego koncertu w BOTO. Były standardy, były kompozycje Gilada Atzmona, pojawił się też utwór z repertuaru Simon & Garfunkel.
Tym razem znacznie bardziej niż same tytuły interesowało mnie to, co muzycy robią z materiałem, który zdążył już stać się znajomy.
Bo melodię można pamiętać, rozpoznać jej pierwsze dźwięki i przez sekundę pomyśleć: znam.
A potem zaczyna się jazz.
Fraza rozwija się inaczej. Napięcie pojawia się w innym miejscu. Kontrabas odpowiada w nowy sposób, perkusja zostawia inną przestrzeń, saksofon wybiera kolejną drogę.
Znany zostaje początek.
Cała reszta wydarza się tu i teraz.
Za to uwielbiam jazz grany na żywo.
GDYNIA, ŚWIATŁO I KILKA METRÓW MIĘDZY NAMI
Blues Club bardzo tej muzyce służył.
Ceglana ściana za sceną, intensywne błękity i fiolety, niewielka odległość od muzyków. Świetne nagłośnienie, dzięki któremu można było naprawdę dobrze słyszeć każdy instrument. Publiczność od początku reagowała żywo i muzycy wyraźnie tę reakcję odbierali.
Energia krążyła między sceną a salą i z każdym kolejnym utworem było jej więcej.
Do tego zwyczajnie dobrze się tam siedziało. Wygodnie, blisko, bez potrzeby walki o skupienie. Można było patrzeć, słuchać i zostać w tej muzyce na dobre.
A potem był bis.
Fantastyczny.
Zamiast łagodnie domknąć wieczór, jeszcze raz wszystko rozgrzał. Publiczność chciała więcej, muzycy wrócili z pełną energią i ostatnie minuty koncertu stały się jednymi z tych, które pamięta się po wyjściu z klubu.
Miałam ochotę na jeszcze jeden utwór.
I pewnie nie tylko ja.
A DZISIAJ PŁYTA
Between the Vistula and the Hudson można już słuchać jako całości.
Na albumie znalazło się jedenaście nagrań. Autorskie kompozycje Like Cats In The Rain, The 2nd Liberation, The Romantic Lad, The Philosopher, Tension i The 1st Liberation spotykają się ze standardami: Green Dolphin Street, Secret Love, Giant Steps, You Don’t Know What Love Is oraz Lonnie’s Lament.
Można wracać, zatrzymywać, wybierać ulubione fragmenty. Sprawdzać, jak ta sama muzyka brzmi zapisana podczas sesji, a jak pamięta się ją dwa dni po koncercie.
Ja będę miała przed oczami także Gdynię.
Ceglaną ścianę Blues Clubu i fioletowo-niebieskie światło. Atzmona pochylonego z saksofonem w stronę kontrabasu Piotra Lemańczyka. Adama Golickiego śledzącego kolejny zwrot muzyki. Te krótkie spojrzenia, reakcje i momenty, kiedy wszystko spotykało się dokładnie we właściwym miejscu.
W listopadzie pisałam o trzech muzycznych światach.
W Gdyni usłyszałam, co stało się z nimi przez kolejnych dziesięć miesięcy.
Każdy zachował swój własny głos. Tyle że teraz te trzy głosy potrafią spotkać się w jednej chwili z zadziwiającą naturalnością.
Dzisiaj Between The Vistula And The Hudson trafia do odbiorców.
Ja swoją pierwszą podróż między tymi dwiema rzekami odbyłam dwa dni wcześniej.
I była naprawdę piękna.
Marta Górska










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz